W rozmowie na antenie TVN24 Maciej Samcik odniósł się do afery wokół giełdy kryptowalut Zondacrypto. Jak podkreślił, najważniejsze jest dziś ustalenie, "gdzie są pieniądze i kto je zabrał", a także dlaczego klienci nie mogą ich odzyskać.
Zwrócił też uwagę, że premier w ostatnich wystąpieniach sugerował, iż firma mogła powstać dzięki rosyjskim pieniądzom. - To rzecz, o której chciałbym się sporo dowiedzieć, bo prawdopodobnie nie jest to jedyna firma, która mogła w ten sposób powstać - mówił dziennikarz.
Czytaj też: Zondacrypto pod lupą prokuratury
"Tykająca bomba zegarowa"
Wspomniał przy tym o słowach obecnego prezesa Zondacrypto, Przemysława Krala, który za problemy obwinia zaginionego przed laty byłego szefa giełdy, Sylwestra Suszka. Kral twierdzi, że to on zabrał kody i klucze do portfela z aktywami firmy. - Jeśli dziś nie ma dostępu do tych kluczy, czyli de facto do kapitału, który giełda powinna posiadać, żeby bezpiecznie działać, to znaczy, że nie było go też rok temu, dwa, trzy lata temu. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której ta giełda była tykającą bombą zegarową - powiedział.
Dziennikarz przypomniał też informacje z estońskich dokumentów rejestrowych, z których wynika, że spółka miała pożyczać duże ilości bitcoinów na procent. - Pytanie, komu? I czy to były bitcoiny należące do klientów? – zastanawiał się.
Samcik: nie jestem zwolennikiem kryptowalut
Samcik przyznał, że nie jest zwolennikiem kryptowalut. - W moim prywatnym portfelu może z 1 procent stanowią różnego rodzaju kryptowaluty - tylko dlatego, że mam skłonność inwestować we wszystko, mając świadomość, że niektóre klasy aktywów mają poziom ryzyka zbliżony do hazardu - powiedział.
Podkreślił, że nie rozumie, dlaczego wielu inwestorów trzymało swoje środki na giełdzie dłużej, niż to konieczne. - Gdybym korzystał z jakiejkolwiek giełdy, nawet najbardziej wiarygodnej, nie trzymałbym tam pieniędzy. To instytucje prywatne, nieregulowane, bez gwarancji bezpieczeństwa - podkreślił.
Odnosząc się do potencjalnych związków Zondy z polityką, Samcik stwierdził, że brakuje twardych dowodów na takie powiązania, ale "im bardziej ryzykowny i nienadzorowany biznes, tym bardziej potrzebuje polityków, by tak pozostało". Przypomniał przy tym przykład SKOK-ów, które przez lata działały poza nadzorem państwowym.
Dodał, że prędzej czy później Polska i tak będzie musiała wdrożyć unijną dyrektywę regulującą rynek kryptowalut - "albo po prezydencku, czyli liberalnie, albo po rządowemu, czyli mniej liberalnie".
Źródło: TVN24
Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock