"Usłyszeliśmy wielki trzask, taki huk. Byłam pewna, że już na pewno tego nie przeżyję"

TVN24

Aktualizacja:
tvn24Przerwana wyprawa

Dziś patrzę na to miejsce, jako miejsce absurdalnej śmierci, do której nigdy nie powinno dojść, nigdy - mówi Andrzej Matyśkiewicz. Dokładnie 14 lat temu pod Rysami, gdzie zeszła lawina, stracił dwóch synów. W sumie zginęło wówczas siedmiu uczniów tyskiego liceum i jeden z opiekunów grupy. Materiał "Czarno na białym".

28 stycznia 2003 roku 11 uczniów, kierownik wycieczki i drugi opiekun wyruszyło na szlak zdobywać Rysy. Ruszyli w góry, mimo że żadna z osób nie miała uprawnień przewodnika wysokogórskiego i mimo że ogłoszony został drugi stopień zagrożenia lawinowego. Podzielili się na trzy grupy - z przodu szedł kierownik wycieczki i trzej chłopcy, drugi opiekun szedł na końcu.

"(...) Był to chłodny wiatr, nic nie budziło mojego niepokoju, nie zsuwał się śnieg, nie było pęknięć, nic nie wskazywało na to, by ten śnieg mógł się obsunąć (…)" - tak feralny dzień opisywał kierownik wycieczki - nauczyciel geografii i członek klubu wysokogórskiego. Pod jego opieką znajdowali się głównie jego uczniowie, licealiści z I Liceum Ogólnokształcącego w Tychach. Większość miała wtedy 16 lat.

"(...) Jak byliśmy na grzędzie z trójką chłopców (…), zobaczyłem, że 10- 15 metrów niżej urywa się śnieg i zaczyna się obsuwać. Około 20 metrów niżej była druga grupa, trzecia była przy wejściu do żlebu. (...) Krzyknąłem: lawina!. Widziałem, że śnieg obsuwał się na te osoby, że osoby te ze śniegiem obsuwają się niżej (...) - zeznawał opiekun wycieczki.

Zepchnięci do Czarnego Stawu

Natychmiast rozpoczęła się akcja ratownicza, ale spośród 9 osób, które porwała lawina, pierwszego dnia znaleziono jedynie trzy. Jedna przeżyła, druga zmarła w szpitalu, trzecią znaleziono martwą.

- Usłyszeliśmy wielki trzask, taki huk. Było wrażenie, że góry się ruszają i zeszła lawina. Byłam pewna, że już na pewno tego nie przeżyję - opisywała tragiczne wydarzenia uczennica, która jako jedyna z porwanych przez lawinę przeżyła. - Dowiedziałem się już wtedy, że najprawdopodobniej jeden z synów jest już nieżywy, że znaleziono zwłoki - wspomina Andrzej Matyśkiewicz, który w lawinie stracił dwóch synów.

Urszula Pacanowska straciła córkę. - W dalszym ciągu nie wierzyłam, że to jest prawda. Wręcz jak przyjechaliśmy z mężem do Zakopanego, prosiłam go, żeby poszedł tam i razem z ratownikami ich szukał - wspomina.

Jak mówi Matyśkiewicz, już w pierwszym dniu stwierdzono, że lawina wepchnęła większość osób w głąb Czarnego Stawu. - Poinformowano nas, że niestety muszą przerwać akcję poszukiwawczą, bo warunki się bardzo pogorszyły - wspomina Pacanowska. Poszukiwania trwały do połowy czerwca. - Jeździliśmy na każdą akcję z nadzieją, że już tym razem te ciała zostaną odnalezione - mówi Matyśkiewicz. - Myśmy czekali. To czekanie było straszne. Co miesiąc bądź dwa razy w miesiącu - jak tylko warunku sprzyjały - jechaliśmy tam i szliśmy nad Czarny Staw - dodaje Pacanowska.

Adam Marasek - ratownik TOPR, który brał udział w akcji ratunkowej - doskonale pamięta tamte wydarzenia i to, co tamtą akcje odróżniało od pozostałych. - Kolejne dni poszukiwań, rodzice przyjeżdżali, obserwowali efekty naszej pracy, licząc na to, że może tego dnia uda się odnaleźć zwłoki jakiegoś dziecka. Patrzeć na ten ból, na tragedie rodziców, to naprawdę nie jest łatwe - wspomina.

Córkę Pacanowskiej znaleziono 7 czerwca. - Była taka w pewnym stopniu ulga, że chociaż będziemy mieli możliwość, żeby pochować to dziecko, a nie wiecznie wyczekiwać - przyznaje. - Ze śmiercią jakoś się pogodziłem, ale dla mnie ważniejszą sprawą było to, czy cierpieli. Wiem, że cierpieli - mówi Matyśkiewicz, ojciec dwóch synów, którzy zginęli.

Opiekun skazany

Chciał dowiedzieć się, jak przebiegały ostatnie minuty życia jego synów, dlatego - jak mówi - wziął czynny udział w procesie. Jako jedyny z rodziców zasiadł obok prokuratura. Był oskarżycielem posiłkowym w procesie przeciwko organizatorowi wycieczki. - Ja jestem organizatorem, ja za to odpowiadam. Przeżyłem, jestem dorosłym człowiekiem. Wiem o tym, dociera to do mnie. Tym bardziej jest mi trudno - mówił w 2005 r. opiekun wycieczki Mirosław Sz.

Jak mówi Andrzej Matyśkiewicz, opiekun nigdy nie przeprosił. - Tego bardzo brakowało - przyznaje. Urszula Pacanowska, która straciła córkę, pytana, czy czuje żal do opiekuna, mówi: - Powiem szczerze, że nie. Dlatego, że to był taki nauczyciel, który bardzo dużo swojego czasu poświęcał tym dzieciom.

- Moja córka zawsze mówiła, że gdyby wszyscy nauczyciele byli tacy, to świat byłby cudowny - dodaje. Mirosław Sz. został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu na czteroletni okres próbny. Sąd stwierdził, że jego wina była nieumyślna. - Nieumyślnie sprowadził niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia wielu osób w następstwie, którego doszło - jak wiemy - do śmierci - mówi Jacek Krawczyk, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Katowicach. W uzasadnieniu wyroku czytamy: "(...) Oskarżony zbagatelizował konieczność korzystania z usług przewodnika i tym samym podjął błędną decyzję o wyruszeniu w góry w szczególnie niebezpiecznych warunkach (...) które zwiększały znacznie zagrożenie lawinowe (...)". - Dziś patrzę na to miejsce, jako miejsce absurdalnej śmierci, do której nigdy nie powinno dojść, nigdy - mówi Andrzej Matyśkiewicz.

Autor: js/mtom / Źródło: tvn24