Na ulice Madrytu wyszły tysiące ludzi, których połączył lęk przed utratą dachu nad głową. Fundusze inwestycyjne, które niektórzy Hiszpanie nazywają potocznie "sępami", to tylko część szerszego problemu - tamtejszy rynek mieszkaniowy należy do jednego z najbardziej sprywatyzowanych w Europie.
Właściciele sami ustalają ceny najmu, systematycznie je podwyższając, zachęceni rosnącym zainteresowaniem ze strony turystów i kolejnymi falami imigrantów zarobkowych.
- Mam to szczęście, że dobrze zarabiam i stać mnie na opłaty, ale w tym roku czeka mnie przedłużenie najmu i bardzo się martwię. Jeśli właściciel mieszkania, w którym mieszkam, zbyt wysoko podniesie czynsz, będę musiał się wyprowadzić i przenieść do innej dzielnicy - powiedział jeden z protestujących.
- Mój los zależy od dobrej woli właściciela, a tak nie powinno być. Powinniśmy mieć większą pewność. Umowy na pięć lat to za mało. Co pięć lat wywracają nam życie do góry nogami - dodał.
Czytaj również: "Mieszkania do życia, a nie do spekulacji". W Hiszpanii znów zawrzało
Kryzys mieszkaniowy w Hiszpanii
Według Eurostatu, koszty związane z wynajmem mieszkań w Hiszpanii wzrosły ponad 13 procent w ciągu ostatniego roku. W odpowiedzi na wzrost społecznego niezadowolenia rząd w Madrycie przyjął pod koniec kwietnia szeroki plan łagodzenia kryzysu.
Premier Sanchez i jego ekipa chcą przeznaczyć dodatkowe 7 miliardów euro na rozwój mieszkalnictwa komunalnego oraz wsparcie dla młodych najemców i osób kupujących mieszkania.
Publiczne mieszkania stanowią w Hiszpanii zaledwie 2 procent całego dostępnego zasobu na wynajem, gdy w sąsiedniej Francji odsetek ten sięga 14 procent.
- Dla rodzin brakuje porządnych mieszkań w przystępnych cenach. Obecnie nie mamy żadnych regulacji dotyczących czynszów, a raty kredytów hipotecznych są bardzo wysokie. Przy naszych pensjach w Hiszpanii nie stać nas na własny dach nad głową - stwierdziła uczestniczka protestu w Madrycie.
Pracownicy szpitala mieszkają w przyczepach kempingowych
To, jak poważna jest sytuacja, dobrze pokazuje historia z Marbelli na południu kraju - tam kryzys mieszkaniowy uderzył w pracowników jednego ze szpitali. Niezdolni do opłacenia dachu nad głową, zmuszeni byli do szukania noclegu tam, gdzie popadnie.
- Ci, którzy mają szczęście posiadać przyczepę kempingową, śpią w nich. Wtedy odpoczywają zupełnie inaczej. To nie to samo, co po zakończonej zmianie położyć się w wygodnym łóżku, w pokoju z klimatyzacją - zwrócił uwagę Adrian Fernandez ze związku zawodowego urzędników i pracowników strefy budżetowej.
- Kolejnym wyzwaniem są temperatury. Mamy maj, a już jest dość gorąco. Za miesiąc sytuacja będzie nie do zniesienia - dodał.
Władze szpitala, po naciskach ze strony zdesperowanego personelu, udostępniły dla celów mieszkaniowych pobliski pustostan. - Oni chcą nas ulokować w budynku, który od 20 lat stoi całkowicie opuszczony: pomazany graffiti i zasiedlony przez squatersów i bezdomnych, którzy nie mieli się gdzie podziać - wskazał Juan Carlos Arjana ze związku zawodowego urzędników i pracowników strefy budżetowej. - Mamy do czynienia z regresem, jeśli chodzi o standard życia - ocenił.
To samo mogą powiedzieć młodzi Hiszpanie, którzy dopiero zaczynają stawiać samodzielne kroki w życiu - według ostatnich wyliczeń, średnio na samo opłacenie najmu muszą przeznaczyć 99 procent swojego wynagrodzenia. Dlatego też większość z nich zazwyczaj do 30. roku życia jest skazana na mieszkanie z rodzicami.