"Kiedy dowiedziałem się, że jestem zakażony, rozpadłem się. Podnoszę się stopniowo"

TVN24 | Świat

Autor:
Maria
Mikołajewska,
asty/pm
Źródło:
TVN24

To przestroga zwłaszcza dla młodych ludzi, którzy nie są w pierwszej grupie ryzyka. Czują się silni i niezniszczalni - już wiadomo, że takie podejście pogrążyło Włochy. Zamiast zostać w zamkniętych strefach, Włosi wyjeżdżali, bawili się dalej i przed zakażeniem nie uchronili się też młodzi. Z zakażonym koronawirusem 29-letnim Włochem rozmawiała Maria Mikołajewska z magazynu "Polska i Świat".

OGLĄDAJ TVN24 W INTERNECIE NA TVN24 GO >>>

Zakażenie koronawirusem najbardziej szkodzi osobom starszym i schorowanym. Może ich zabić - to fakt, który lekarze i wirusolodzy powtarzają odkąd zaczęli obserwować przebieg pandemii COVID-19.

Tę informację - skierowaną do tak zwanej grupy ryzyka - wydaje się, że opacznie zrozumieli ludzie młodsi i zdrowi. Wielu uznało, że ryzyko zakażenia wirusem ich nie dotyczy albo dotyczy w bardzo ograniczonym wymiarze. Ofiarą takiego nastawienia Włochów padł 29-letni Mattia De Angelis, wysportowany mieszkaniec Rzymu, który wirusa porównywał z grypą.

- Jestem młody, silny, nie choruję. Aż do rządowego dekretu, który zamknął wszystkie wyciągi narciarskie, pracowałem w wypożyczalni nart w Trydencie. Myślę, że zakaziłem się tam. Było bardzo dużo turystów z Lombardii, którzy chcieli pojeździć na nartach zanim premier zakaże im wyjazdów. Nie sądziłem, że powinienem unikać tych ludzi - mówi Mattia De Angelis.

NAJWAŻNIEJSZE INFORMACJE O KORONAWIRUSIE. RAPORT TVN24.PL >>>

Masowe wyjazdy ze stref, które rząd zamykał, są podawane jako jedna z przyczyn, z powodu których Włochy przeżywają tak dotkliwy kryzys pandemii koronawirusa.

"Stopniowo podnoszę się tylko dzięki lekarzom i pielęgniarkom"

Mattia najprawdopodobniej zakaził się w frekwencyjnie rekordowy weekend na włoskich stokach narciarskich. Wśród Włochów panowało wówczas przekonanie, że rządowe plany zamykania gmin i regionów są zbyt restrykcyjne. Mieszkańcy Włoch za wcześnie poznali treść obostrzeń planowanych przez rząd i zareagowali inaczej niż się spodziewano.

Teraz, po pięciu dniach hospitalizacji, 29-latek wciąż cierpi na zapalenie płuc, kaszel i wahania temperatury. Pierwsze objawy miał po dwóch dniach od zamknięcia wypożyczalni.

- Pierwszy raz przeraziłem się, kiedy lekarze przyszli, żeby pobrać wymaz. Byli szczelnie otuleni kombinezonami i maseczkami. Noc oczekiwania na wyniki w szpitalu była najgorszą w moim życiu. Myślałem tylko o tym jak okropnie się czuję - zdradza Mattia De Angelis.

- Kiedy dowiedziałem się, że jestem zakażony koronawirusem, dotknąłem dna. Rozpadłem się. Stopniowo podnoszę się tylko dzięki lekarzom i pielęgniarkom. Otaczają mnie opieką i czuję, że nic mi się nie stanie - dodaje.

Mężczyzna w rozmowie przyznaje, że czuł się niezniszczalny. Dlatego, w poczuciu obowiązku, postanowił wystosować apel do innych młodych ludzi, którzy wciąż spotykają się w grupach: na placach, w parkach i domach. Jego post udostępniło prawie 100 tysięcy osób - wielu przyznało, że dopiero teraz widzą, czym jest koronawirus.

"Choć staramy się kontaktować ich z rodzinami, najczęściej umierają w samotności"

Apeluje nie tylko Mattia. Anna Cykowska, studentka medycyny z Turynu mówi, że "planowe operacje onkologiczne są odwoływane", bo nie ma już miejsca. - A komuś się wydaje, że musi sobie zrobić grilla, musi sobie zrobić imprezę. To jest niewymierzalna waga problemu. Jeżeli ludzie sobie nie zdadzą z tego sprawy, to naprawdę będzie bardzo źle i będzie gorzej niż we Włoszech. I to dużo szybciej - ocenia.

Według włoskich i koreańskich wirusologów, koronawirusa najbardziej roznoszą młodzi ludzie, których zdrowe systemy odpornościowe odsuwają w czasie pierwsze objawy zakażenia - w tym czasie zakażając innych. A statystyki niepokoją. Zakażonych z dnia na dzień przybywa. Bilans ofiar śmiertelnych to ponad cztery tysiące osób.

- Ogromnym i coraz bardziej dotkliwym problemem jest to, że pacjentów nie mogą odwiedzać ich bliscy. Choć staramy się kontaktować ich z rodzinami, najczęściej umierają w samotności - twierdzi doktor Romano Paolucci ze szpitala w Cremonie.

Autor:Maria Mikołajewska, asty/pm

Źródło: TVN24

Źródło zdjęcia głównego: TVN24

Tagi:
Raporty: