19 listopada 2025 roku. W Kingston, stolicy Jamajki, gospodarze mierzą się ze swoim głównym rywalem w walce o awans na mistrzostwa świata. Przed decydującym spotkaniem przeciwnik, który wyszedł zwycięsko ze starcia na własnym boisku przeszło miesiąc wcześniej, ma punkt więcej. Do szczęścia wystarcza mu remis. Obie drużyny oddają po kilkanaście strzałów, ale żaden z nich nie trafia do siatki. Wreszcie kończy się doliczony czas i sędzia gwiżdże po raz ostatni. Zarówno na boisku, jak i na wyspie, położonej około 1000 kilometrów na południowy wschód, rozpoczyna się szalona celebracja. I nie tylko tam.
Curacao. Najpierw mała lekcja fonetyki: wymawiamy nie "kurakao", a "kyrasau". Uważa się, że sama nazwa pochodzi od portugalskiego słowa oznaczającego serce - coração, prawdopodobnie chodzi o kształt wyspy. A portugalskie "ç" wymawia się po polsku jak "s".
To jeden z wielu "pieprzyków" na Morzu Karaibskim. Ten leży akurat w archipelagu Małych Antyli rozrzuconym wzdłuż wybrzeży Ameryki Południowej. Powierzchnia? 444 kilometry kwadratowe. Mniej niż Warszawa, niewiele więcej niż Kraków. Teoretycznie Curacao składa się z dwóch wysp, ale ta mniejsza, Klein Curacao, to tylko nieco większa skała, na której nikt nie mieszka. Ale dobrze, żeby być precyzyjnym - niech będą dwa "pieprzyki".