Świat

"Kony jest skończony". Uciekł obławie z udziałem komandosów USA

Świat

public domain | United States GovernmentZakończono obławę za Josephem Konym

Joseph Kony, ugandyjski watażka i zbrodniarz wojenny, ścigany listami gończym Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK), znów wymknął się obławie, którą tym razem zorganizowały na niego armie czterech afrykańskich krajów i komandosi przysłani specjalnie z USA.

Pod koniec marca dowództwo wojsk USA, a zaraz po nim także Ugandy ogłosiły, że nie będą dłużej tropić i ścigać Kony’ego i jego partyzantów po rozległym, niedostępnym i niemal bezludnym obszarze, obejmującym terytoria Republiki Środkowoafrykańskiej, obu Sudanów i Konga.

"Kony jest skończony"

- Kony jest skończony, nikomu już nie zagraża – oświadczył gen. Thomas Waldhauser, dowódca wojsk amerykańskich w Afryce, a w kwietniu dodał w Kongresie, że "partyzantka Kony’ego nie zagraża ani amerykańskim, ani zachodnim interesom w Afryce środkowej".

Amerykanom wtórowali Ugandyjczycy, ogłaszając, że w najbliższych miesiącach zamierzają wycofać wszystkie swoje wojska z Republiki Środkowoafrykańskiej, uważanej za najbardziej prawdopodobną kryjówkę Kony’ego. Zdaniem ugandyjskich wojskowych armia Kony’ego stopniała do niespełna setki żołnierzy, a czterech z pięciu jego zastępców i najważniejszych komendantów zginęło, dostało się do niewoli albo poddało. Jeden z nich, Dominic Ongwen, sądzony jest właśnie w Hadze przez MTK.

Choć samego Kony’ego nie udało się pojmać, zarówno Ugandyjczycy, jak i Amerykanie ogłosili, że urządzona na niego obława zakończyła się pełnym sukcesem. Na długo przed decyzją Amerykanów i Ugandyjczyków o rezygnacji z dalszego pościgu za Konym z obławy na niego wycofały się oddziały z Sudanu Południowego i Konga.

Pościg za Konym

Wojna domowa w Sudanie Południowym i niepewna sytuacja polityczna w Kongu sprawiły, że tamtejsze rządy uznały, iż będą potrzebować żołnierzy w swoich krajach. Sudańczycy z Południa i Kongijczycy wkroczyli wraz z Ugandyjczykami do Republiki Środkowoafrykańskiej w 2011 r., mając zgodę miejscowych władz, a także Unii Afrykańskiej na pościg za Konym, uznanym w 2005 r. przez MTK za zbrodniarza wojennego, a w 2008 r. przez Stany Zjednoczone także za terrorystę.

Do Afrykanów dołączyło stu żołnierzy z USA, którym rok później prezydent Barack Obama posłał do pomocy także ok. 50 komandosów, lotników i techników, obsługujących samoloty i śmigłowce. Mimo urzędowego optymizmu Amerykanów i Ugandyjczyków sześcioletnia obława na Kony'ego, która kosztowało samych Amerykanów prawie miliard dolarów, zakończyła się jednak niepowodzeniem, a ściganemu od ponad ćwierć wieku watażce znów udało się wyjść cało z opresji.

Amerykański list gończy wystawionym za Josephem Konym | state.gov

Joseph Kony, liczący dziś już ponad 50 lat, toczy wojnę od końca lat 80., kiedy na czele partyzanckiego wojska z Armii Bożego Oporu wystąpił przeciwko rządom prezydenta Ugandy Yoweriego Museveniego.

Wyjątkowo brutalna armia

Kony i jego partyzanci wywodzą się z ludu Acholi, jednego z najliczniejszych z północnej Ugandy, której pochodzący z południa Museveni odebrał w 1986 r. władzę w Kampali (poprzednicy Musevenigo Idi Amin Dada oraz Milton Obote pochodzili z północy). Armia Kony’ego od początku przypominała bardziej zbrojną sektę niż partyzanckie wojsko. Kony, samozwańczy mesjasz, głosił, że walczy o ustanowienie nie tylko w Ugandzie, ale na całym świecie sprawiedliwych porządków, opartych na chrześcijańskim Dekalogu.

Spośród innych partyzanckich armii w Afryce partyzantka Kony’ego wyróżniała się wyjątkowo brutalnymi metodami walki, a przede wszystkim tym, że ponad połowę jej żołnierzy stanowiły dzieci, uprowadzane po wsiach i zmuszane w buszu do żołnierki. Szacuje się, że partyzanci Kony’ego zamordowali ponad 100 tys. ludzi, a 20-30 tys. dzieci uprowadzili. Z powodu wojny prowadzonej przez Kony’ego prawie 3 mln ludzi stało się uchodźcami.

Jak na prowincjonalnego watażkę i uważanego przez wielu za szaleńca, Kony wyróżniał się zawsze wyczuciem politycznej koniunktury i umiejętnością zawierania korzystnych dla siebie sojuszów. Prowadząc wojnę przeciwko Museveniemu, otrzymał pomoc od Sudanu, pragnącego zemścić się na Ugandzie za wsparcie, jakiego udzielała ona partyzantom z sudańskiego południa.

Skończyć wojnę na kilku frontach

W 2005 r. rebelianci z południa i rząd w Chartumie podpisali pokój, a w 2011 r. Południowy Sudan, dłużnik Ugandy, ogłosił niepodległość. Kony stracił swoje bezpieczne południowosudańskie kryjówki i wyniósł się najpierw do Konga, a stamtąd do Republiki Środkowoafrykańskiej, państwa słabego, pozbawionego sprawnego wojska i policji, w którym w dodatku wybuchła wojna domowa.

Wojna w Republice Środkowoafrykańskiej zastała w niej 4 tys. żołnierzy (z czego prawie 3 tys. Ugandyjczyków) z korpusu ekspedycyjnego Unii Afrykańskiej i Amerykanów, tropiących w tamtejszych bagnach i buszu Kony’ego i jego partyzantów. Kony okazał się nieuchwytny i mimo zastawianych zasadzek wymykał się pogoni. Ostatnim razem, w marcu, widziano go z 30-40-osobowym oddziałem w lesie Chinoko na wschodzie Republiki Środkowoafrykańskiej. Ugandyjscy żołnierze zaatakowali go, ale udało mu się zbiec. Zdaniem większości ekspertów najprawdopodobniejszą jego kryjówką jest region Kafia Kingi na południu sudańskiego Darfuru.

Nieudany pościg zniechęcił dwóch jego głównych uczestników: Amerykanów i Ugandyjczyków. Ci drudzy, choć rzecz dotyczy rodzimej rebelii, uznali, że nie mogą sobie pozwolić na prowadzenie wojny na kilku frontach.

Partyzantka Kony’ego od dobrych kilkunastu lat nie działa już w Ugandzie, a ugandyjskie wojsko, ok. 6 tys. żołnierzy, uczestniczy w misji pokojowej Unii Afrykańskiej w Somalii oraz zaangażowane jest w konflikt w sąsiednim Sudanie Południowym. Nowy prezydent USA Donald Trump zapowiadał zaś w kampanii wyborczej, że nie będzie posyłał amerykańskich żołnierzy w regiony, w których Waszyngton nie ma żadnego interesu.

- Kony nigdy nie zagrażał naszym interesom. Dlaczego więc ma nas w ogóle obchodzić? – mówił w styczniu jeden z doradców Trumpa ds. polityki zagranicznej.

Kony odzyska siły?

ONZ i obrońcy praw człowieka obawiają się, że odwołanie pościgu za Konym da mu nie tylko wytchnienie, ale także czas i szansę na odbudowę partyzanckiego wojska. Pozostając w ciągłym ruchu, umykając pogoni, nigdy nie utrzymywał licznej armii; w zależności od potrzeb szybko powiększał swe siły, porywając po wsiach kolejne dzieci.

Mimo osłabienia jego oddziału Kony nigdy nie zrezygnował z taktyki uprowadzania małoletnich rekrutów. W zeszłym roku jego partyzanci uprowadzili prawie tysiąc dzieci, a w tym już prawie 200. W odbudowie partyzantki może pomóc mu nowa, korzystna koniunktura polityczna. W Sudanie Południowym toczy się wojna domowa, a jego opiekunowie z Chartumu mogą spróbować znów wykorzystać Kony’ego, by zaszkodzić dawnym wrogom i rozłamowcom – rządowi z Dżuby.

Autor: mm/ja / Źródło: PAP

Źródło zdjęcia głównego: public domain | United States Government

Raporty:
Pozostałe wiadomości