Donald Trump w relacjach z sojusznikami potrafi być brutalnie bezpośredni. Nie sprawia mu większego problemu publicznie upokarzanie przywódców wielu państw, grożenie wycofaniem amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa w Europie czy oskarżanie sojuszników o pasożytowanie na Stanach Zjednoczonych. Na oficjalnych spotkaniach i konferencjach prasowych ustawicznie przerywa, podnosi głos, agresywnie gestykuluje. Jego mowa ciała ma komunikować jedno: to Stany Zjednoczone rozdają karty, a ja jestem człowiekiem, który nie uznaje słabości.
Ten sam Trump podczas spotkania z chińskim przywódcą Xi Jinpingiem sprawiał zupełnie inne wrażenie. Zniknęła ostentacyjna konfrontacyjność, była za to ostrożność, wyważenie, a momentami wręcz widoczne napięcie. Trump mówił ciszej, częściej się uśmiechał, unikał gwałtownych gestów.
Wymowne jest także to, czego nie zrobił w Pekinie. Trump jest znany z charakterystycznego uścisku dłoni, którym przyciąga rozmówcę do siebie - swoistego fizycznego pokazu dominacji, który stosował m.in. podczas słynnego powitania z japońskim premierem trwającego 19 bardzo długich sekund. Przewodniczącemu Xi oszczędził tej demonstracji siły.
Co więcej, wykonał gest, który eksperci od mowy ciała odczytują jako przyjacielski: kilkakrotnie dotknął ramienia Xi. Melanie Hart z Atlantic Council w rozmowie z "New York Timesem" zwróciła uwagę, że Trump zachowywał się jak ktoś, kto desperacko chce, by chiński przywódca go polubił. I by ta osobista chemia przełożyła się na specjalne traktowanie i konkretne umowy.
- Najmocniejszy efekt tej wizyty nie jest związany z podpisaniem jakichkolwiek dokumentów, tylko leży w tym, że Pekin dostał język, obrazy, które może powtarzać. Prezydent USA przyjechał do Pekinu, chwalił się, mówił o świetnej relacji, a przy Tajwanie unikał twardej deklaracji - mówi w rozmowie z TVN24+ Maciej Gaca, sinolog i ekspert ds. Azji Wschodniej, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Ale - jak dodaje - nie nazwałby tego szczytu "fiaskiem".