Amerykański supersamolot to złom? Medialna wojna o F-35

Świat

Lockheed MartinAmerykanie budują F-35 w trzech wersjach

F-35 ma być filarem potęgi amerykańskiego lotnictwa przez następne kilkadziesiąt lat. Wielu publicystów w USA przekonuje jednak, że nowy supermyśliwiec to katastrofalna pomyłka, na dodatek horrendalnie droga. Padają takie określenia jak „cegła” czy „złom”. Wojsko i producent F-35 odrzucają krytykę, określając ją jako „bzdury”. Czy rzeczywiście Chińczycy i Rosjanie mogą zacierać ręce, bo ich myśliwce piątej generacji będą zestrzeliwać F-35 jak kaczki?

Zawzięty spór o najnowszy amerykański samolot bojowy trwa od wielu lat. Zanim F-35 Lightening II wykonał pierwszy lot w 2006 roku już miał grono zaprzysięgłych przeciwników. Krytykowana jest sama koncepcja maszyny, jej możliwości bojowe oraz to, ile będzie kosztować amerykańskiego podatnika.

- F-35 jest słabą maszyną bojową, deklasowaną nawet przez starsze chińskie i rosyjskie myśliwce, które mogą latać szybciej, dalej i lepiej manewrować – twierdził w jednym ze swoich artykułów bodajże najgłośniejszy krytyk F-35, amerykański publicysta David Axe.

Nie jest w tym odosobniony, krytycznie o nowym myśliwcu wypowiada się szereg innych dziennikarzy i analityków zajmujących się lotnictwem wojskowym. Popierają ich też niektórzy byli piloci oraz różne think-tanki. Szkopuł w tym, że na każdy głos krytyki pojawiają się kontrargumenty. Nie tylko od producenta F-35, czyli koncernu Lockheed Martin, ale też ze strony Pentagonu, niezależnych publicystów i byłych pilotów.

F-35 skacze ze skoczniLockheed Martin

F-35 nie poradzi sobie z F-16?

Takie „odbijanie piłeczki” można prześledzić na przykładzie ostatniego doniesienia na temat F-35, które przebiło się z mediów branżowych do tych powszechnych. Źródłem był wspomniany już David Axe, który napisał artykuł oparty o niejawny raport z próbnej walki powietrznej pomiędzy F-16 i F-35. W dużym skrócie pilot testowy nowego myśliwca stwierdzał, że możliwości manewrowe jego samolotu były za słabe, aby mógł wygrać gwałtowną walkę na bliskim dystansie z F-16.

Na tej podstawie Axe napisał, że „nowy myśliwiec stealth nie wyjdzie cało z walki powietrznej”. Po raz kolejny stwierdził, że F-35 jest porażką, bo zaprojektowano go według błędnej koncepcji i ma zbyt słabe osiągi, aby rywalizować choćby z myśliwcami czwartej generacji, nie mówiąc już o opracowywanych w Chinach i Rosji myśliwcach piątej generacji.

Wydawałoby się, że to bezsprzeczny cios w reputację F-35, obnażający jego słabości. Nie jest to jednak tak oczywiste.

Tekst Axe’a został szybko skrytykowany. Najdobitniej zrobił to C. W. Lemoine, publicysta i były pilot F-16 oraz F/A-18, który określił go jako „śmieć” i „clickbait” (czyli tekst o nikłej wartości merytorycznej, ale z chwytliwym tytułem - red.). Lemoine wyjaśniał, że na podstawie skróconego raportu z jednej testowej walki powietrznej przeprowadzonej według nieznanych reguł, nie można wyciągać tak daleko idących wniosków.

Wielkie znaczenie ma mieć to, że pilot F-35 mógł mieć może sto godzin doświadczenia za sterami swojej maszyny, a jego rywal w F-16 kilkanaście razy więcej.

– Widziałem doświadczonych pilotów, którzy w obciążonych dodatkowymi zbiornikami paliwa maszynach (a co za tym idzie znacznie mniej „żwawych” – red.) wręcz zmiatali swoich nowych skrzydłowych lecących na „czystych” F-16 – stwierdził Lemoine.

Były pilot podkreślił, że nikt jeszcze nie wie do końca jak najlepiej wykorzystywać F-35 w walce powietrznej, bo to ma zostać ustalone właśnie podczas takich testów.

Pojawiły się również głosy krytyki, że Axe zignorował fakt, iż w raporcie w wielu miejscach padają stwierdzenia, że wobec wykazanych w teście niedociągnięć, trzeba zmienić to i tamto w oprogramowaniu F-35, tak aby „wycisnąć” z niego więcej. Stwierdzono też, że obciążenia samolotu podczas gwałtownych manewrów były znacznie niższe niż dopuszczalne, więc można umożliwić pilotowi jeszcze ostrzej obchodzić się z maszyną. Podczas niesławnej walki z F-16 komputery zakładały mu automatycznie kaganiec i ograniczały część ruchów, na co wprost narzekał w raporcie.

F-35 zawitał na lotniskowiecUS Navy

Sztuka kompromisu

Widać więc wyraźnie, że sprawa nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać. Podobnie jest z większością doniesień na temat F-35 i tego jak się do niczego nie nadaje, albo jaki jest niezwykły i supernowoczesny. Każde należy dzielić co najmniej przez dwa i poddawać krytycznej ocenie. Szkopuł w tym, że F-35 jest najdroższym programem zbrojeniowym w historii świata (ma pochłonąć łącznie 1,1 bln dolarów - red.) i siłą rzeczy największe zainteresowanie wywołują doniesienia o jego problemach. Nie ma przy tym wątpliwości, że nowy myśliwiec nie jest cudowną bronią i ma szereg wad.

Każde uzbrojenie jest jednak przede wszystkim kompromisem. Samolot nie może jednocześnie być bardzo szybki, zwrotny, mieć długi zasięg, przenosić dużo uzbrojenia i systemów walki elektronicznej a na dodatek być zbudowanym zgodnie z zasadami technologii stealth. F-35 jest samolotem wielozadaniowym, czyli z założenia uniwersalnym. Przy jego projektowaniu starano się zapewnić, że nada się zarówno do walki z samolotami wroga, jak i do bombardowania oraz wielu innych zadań. Zawsze któreś z możliwości będą jednak słabsze niż inne. Kluczowa jest ocena, które są ważniejsze, a bez których można się obyć.

Dla przykładu, jeszcze zanim pierwszy F-35 wzbił się w powietrze, nikt nie miał specjalnych wątpliwości, że nie będzie to „władca” pojedynków manewrowych na krótkich dystansach. Ma zły stosunek masy do ciągu silnika, złe kształty i za małe skrzydła. Manewrowość poświęcono głównie na rzecz umożliwienia wykonania wersji F-35 o oznaczeniu B, która jest w stanie startować i lądować pionowo.

Nowy myśliwiec ma też na przykład znacznie dłuższy zasięg niż F-16 i nieporównywalnie bardziej rozbudowaną elektronikę. To oznacza wzrost masy i pogorszenie manewrowości.

Rakietowy test fotela wyrzucanego dla F-35mat. producenta

Lekcje z Wietnamu

Kluczowa jest ocena wyborów dokonanych przez Pentagon. Kontynuując przykład manewrowości, zwolennicy F-35 twierdzą, że jeśli jego pilot znajdzie się w sytuacji, gdy będzie musiał staczać zaciętą walkę na krótkim dystansie z myśliwcem czwartej generacji (np. F-16, Mig-29, Su-27 czy J-10), to musiałby wcześniej popełnić kardynalne błędy. Nowy myśliwiec ma atakować z zaskoczenia z dalekiego dystansu, korzystając ze swojej zaawansowanej elektroniki, technologii stealth i rakiet. Wróg ma spadać w płomieniach ku ziemi zanim w ogóle zauważy F-35.

Krytycy ripostują, że to myślenie życzeniowe i nie można opierać konstrukcji tak ważnego samolotu o optymistyczne założenia. Podają tutaj słynny przykład myśliwca F-4 Phantom, który stworzono na początku lat 60. z założeniem, że wprowadzane właśnie do uzbrojenia rakiety powietrze-powietrze zakończyły erę walk manewrowych na małym dystansie. Wojsko i konstruktorzy byli tak pewni siebie, że nowa maszyna nie miała nawet działka.

Pierwsze pojedynki z wietnamskimi myśliwcami MiG-19 i 21 szybko zweryfikowały to założenie. Nowe rakiety okazały się zawodne. Piloci F-4 po odpaleniu ich, często bez efektu, stawali się bezbronni wobec zwrotnych wietnamskich maszyn i musieli salwować się ucieczką.

Amerykanie lekcję odrobili i kolejne wersje F-4 miały już działka. W przypadku F-35 wydaje się, że tą naukę puszczono w niepamięć. Wersje dla floty i piechoty morskiej nie mają działek na stałe.

Wpadka z Phantomem II zaowocowała kolejnym zjawiskiem, które również wiele mówi w kontekście obecnych sporów o F-35. W latach 70. duży rozgłos zdobyła grupa lotników i publicystów nazywanych „Fighter Mafia” (ang. – mafia myśliwców), którzy naciskali, żeby wszystkie nowe maszyny myśliwskie konstruować przede wszystkim pod kątem maksymalnej manewrowości.

Samolot miał być mały, zwrotny, tani i produkowany masowo. Mieli jednak też wielu przeciwników, którzy argumentowali, że elektronika, radary i rakiety, to nie zbędne obciążenie, ale przyszłość. Spór był ostry, w tym na łamach prasy, choć nie osiągał takiej skali jak obecnie przy F-35, bo nie było internetu pełnego samozwańczych ekspertów.

Owocem wpływów „Fighter Mafia” był przede wszystkim F-16, przynajmniej w swoich pierwszych wersjach. Niewielki, tani i zwrotny. Swoje piętno odcisnęli na nim jednak też przeciwnicy „Fighter Mafia”. Maszyna dostała przyzwoitą elektronikę, radar i uzbrojenie rakietowe. W efekcie powstała konstrukcja kompromisowa, która dzisiaj jest uznawana za jedno z najlepszych dzieł przemysłu lotniczego USA, za czym przemawia ponad 4,5 tysiąca wyprodukowanych egzemplarzy.

Początkowo nie było tak różowo, bo F-16 pogardliwie określano mianem „kosiarki do trawy” przez umieszczony nisko wlot powietrza, który może zasysać nieczystości z pasa i uszkadzać silnik. Pomstowano również na nowy system elektronicznej kontroli samolotu, który na początku doprowadził do wielu katastrof. Pomimo tego myśliwiec z powodzeniem uczestniczył w szeregu wojen i jakoś nie stał się kulą u nogi USAF.

Przyszłość należy do F-35

Poza domniemaną niedostateczną zwrotnością, F-35 jest krytykowany za szereg innych cech. Ogólnie rzecz biorąc poddawane w wątpliwość jest to, czy jedna maszyna będzie w stanie dobrze zastąpić szereg starszych, bardziej wyspecjalizowanych, takich jak myśliwce wielozadaniowe F-16 i F/A-18, szturmowiec A-10 i samolot pionowego startu oraz lądowania AV-8 Harrier. Krytycy obawiają się, że F-35 będzie „jack of all trades, master of none” co oznacza, że „jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”.

Powszechnej krytyce poddawane jest samo prowadzenie programu „Joint Strike Fighter” w ramach którego powstaje F-35. W tej kwestii mało kto broni koncernu Lockheed Martin i jego nadzorców z Pentagonu. Program ma wieloletnie opóźnienie i znacząco przekroczono koszty. Pojedynczy F-35 jest obecnie niemal dwa razy droższy, niż zakładano na samym początku prac. Wydaje się jednak, że po serii zmian w zarządzaniu i na stanowiskach kierowniczych, krytycznych raportów rządowych audytorów, program JSF ustabilizował się i idzie zgodnie z planem.

Niezależnie od wszelkich głosów krytyki prawda jest taka, że prace nad F-35 są już tak zaawansowane, iż czy ktoś chce, czy też nie, to ten samolot będzie przyszłością lotnictwa USA. Program JSF jest za duży i zainwestowano w niego zbyt wiele, aby mógł upaść. Wyprodukowano już około 150 maszyn i nie są prowadzone prace nad innymi, które mogłyby zastąpić F-35, gdyby ten rzeczywiście był kompletną klapą.

Pozostaje mieć nadzieję, że w Pentagonie podjęto rozsądne decyzje podczas tworzenia koncepcji F-35, a rzeczywistość nie jest tak zła, jak chcieliby krytycy nie mający dostępu do niejawnych danych na temat potencjału maszyny. Polska ma w tym swój interes, bo jeśli myśliwiec rzeczywiście będzie „złomem”, to lotnictwo naszego najważniejszego sojusznika w najbliższych dekadach będzie bardzo słabe, a co za tym idzie ucierpi nasze bezpieczeństwo.

Pocieszeniem może być to, że skala produkcji F-35 ma być tak wielka (niemal 2,5 tysiąca maszyn dla samego wojska USA), iż amerykańskie samoloty przytłoczą maszyny piątej generacji rywali. Według najnowszych zapowiedzi, Rosja na razie chce zakupić zaledwie 50 swoich nowych myśliwców T-50.

Autor: Maciej Kucharczyk//plw / Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: tvn24.pl/USAF, US Navy | Artur Tarkowski