Dwa tygodnie po rebelii nadal jest niezbędny Putinowi. "Nie może się go tak po prostu pozbyć"

Źródło:
PAP

Dwa tygodnie po buncie szefa najemniczej Grupy Wagnera wymierzonym we władze Rosji Jewgienij Prigożyn jest nadal niezbędny Władimirowi Putinowi - ocenia amerykański dziennik "Wall Street Journal".

Jak podkreślono w piątkowym artykule, Kreml usiłuje ograniczyć wpływy założyciela wagnerowców, starając się jednocześnie nie stracić najważniejszego zasobu Grupy Wagnera, czyli 25 tys. bojowników.

"Wydawało się, że dwa tygodnie temu Putin powstrzymał największe w historii wyzwanie rzucone swoim rządom. Prigożyn zgodził się przenieść na Białoruś po odwołaniu 'marszu na Moskwę'. Umowa obejmowała włączenie wielu jego najemników do regularnej armii rosyjskiej. Grupa Wagnera, fundament potęgi Prigożyna, nie byłaby już odrębną siłą bojową" - przypomniał "WSJ".

"Niewiele z tego wszystkiego rozwinęło się jednak zgodnie z planem" - zauważył dziennik.

"Putin nie może się go tak po prostu pozbyć"

Białoruski autorytarny lider Alaksandr Łukaszenka przyznał, że Prigożyn nadal przebywa w Rosji, a część z jego wojsk wciąż znajduje się w bazach na południu kraju lub na okupowanych terenach Ukrainy. "Wskazuje to na ogromną rolę, jaką Prigożyn odegrał na 'dworze' Putina w okresie poprzedzającym nieudane powstanie" - ocenił "WSJ".

- Putin nie może się go tak po prostu pozbyć, co oczywiście pokazuje słabość przywódcy. Są zbyt powiązani finansowo i militarnie - zaznaczyła Theresa Fallon, dyrektor brukselskiego think tanku Centre for Russia Europe Asia Studies.

Jewgienij Prigożyn Mikhail Svetlov/Getty Images

Rosyjska telewizja państwowa wielokrotnie emitowała audycje ujawniające wystawny styl życia Prigożyna. Wiadomości koncentrowały się na rzekomo posiadanych przez szefa wagnerowców fałszywych paszportach oraz m.in. sztucznych brodach i perukach.

"Strategia ta ma osłabić wpływy Prigożyna, które od czasu inwazji na Ukrainę systematycznie rosną. Zachowuje on jednak swój główny atut: podążające za nim dziesiątki tysięcy żołnierzy. Komentatorzy oceniają, że Kreml mógł ułaskawić Prigożyna, by zatrzymać przy sobie zaprawionych w boju najemników Grupy Wagnera" - czytamy na łamach portalu "WSJ".

Bunt wagnerowców i "marsz na Moskwę"

24 czerwca wagnerowcy zajęli sztab rosyjskiej armii w Rostowie nad Donem, a następnie zaczęli posuwać się w kierunku Moskwy. Szef najemników Prigożyn, od dawna skonfliktowany z częścią rosyjskiego establishmentu wojskowego dowodzącą inwazją na Ukrainę, domagał się "przywrócenia sprawiedliwości" w armii i odsunięcia od władzy ministra obrony Siergieja Szojgu.

Tego samego dnia wieczorem Prigożyn ogłosił odwrót i wycofanie najemników do obozów polowych, by "uniknąć rozlewu krwi". Miało to być rezultatem układu Łukaszenki z Prigożynem, zawartego w porozumieniu z Putinem.

Zgodnie z tymi uzgodnieniami część bojowników Grupy Wagnera i sam Prigożyn mieliby przemieścić się na Białoruś

Autorka/Autor:momo/dap

Źródło: PAP