Reporterka TVN24 Olga Mildyn rozmawiała z panią Zofią poszkodowaną w wypadku. - Mnie bardzo bolała w ogóle noga i położyłam się w tej chwili między siedzeniami na dole na kocu. Położyłam się i leżałam, i dosłownie z 15 minut oczy tak zamknęłam i słychać był taki szum, świst - relacjonowała pani Zofia.
- A potem to już co? Wszystko się wyłamało. Ja zostałam przysypana siedzeniami i ludźmi na te siedzenia - mówiła. - Krzyczałam, że ratunku, ratunku, bo mnie to wszystko dusiło - dodała poszkodowana.
Jak opisywała, z autokaru wyciągnęli ją inni pasażerowie. Powiedziała też, że jest mocno poobijana i poraniona.
Pani Zofia przekazała, że osoby uczestniczące w pielgrzymce "to była bardzo zgrana grupa". - Bardzo byliśmy zżyci ze sobą, a teraz nasi przyjaciele nie żyją - powiedziała. - To jest straszne, jak się widziało tych ludzi pod autobusem, nie można im było pomóc - dodała.
Relacje po wypadku autobusu na Węgrzech
W wypadku ranna została też pani Helena. - Rozmawiałam przez telefon z Polską, z koleżanką, i nagle: "bum". Autobus się przewrócił, przekoziołkował. Uderzyłam głową, ale byłam na tyle przytomna, że widziałam, co się stało. Wszystkie siedzenia były powyrywane, ludzie byli pod fotelami. Wszyscy krzyczeli: "ratunku" - powiedziała w rozmowie z dziennikarzami.
Pani Helena ma pękniętą kość ramienia, połamane żebra i uszkodzony kręgosłup.
- Autobus przewrócił się raz, potem drugi. Zdążyłam się czegoś przytrzymać, ale siedzenie zostało wyrwane razem z całą konstrukcją, trzymałam się tej ramy. W środku było ciemno, nic nie było widać. To jest nie do wyobrażenia widzieć, jak ten autobus wyglądał od środka - relacjonowała.
Siedzenia w autokarze były oderwane, szyby powybijane. Mimo obrażeń kobieta miała jeszcze na tyle siły, by pomóc dwóm osobom wydostać się spod foteli. - Swoją siostrę wyciągnęłam za nogi. Powiedziałam jej: "ty ratuj się rękami, a ja będę cię wyciągać za nogi". Pomogłam też wydostać jednego mężczyznę. Przeciągnęłam go za nogi, ale tylko kawałek. Później pomogli już strażacy - opowiadała ocalała z wypadku.
Później, wspinając się po tym, co zostało z autobusu, sama zdołała wydostać się z wraku. - Ludzie byli poprzywalani fotelami. To był jeden krzyk, jeden jęk - mówiła. - Tragedia ogromna, tego nie da się przeżyć - dodała.
Na Węgry przyjechały rodziny pielgrzymów. - Szwagierkę odnaleźliśmy, jest w szpitalu w Egerze - mówiła dziennikarzom jedna z krewnych. Ona jest w takim szoku, że nie idzie się z nią dogadać w ogóle - dodała z płaczem. W rozmowie z dziennikarzami relacjonowała, że czekają na dalsze informacje, a jej krewni spali w momencie wypadku.
Wypadek polskiego autokaru na Węgrzech. "Krzyk ludzi dookoła, wołanie o pomoc"
W wypadku ucierpiał także pan Grzegorz. Jak powiedział w TVN24, jego stan zdrowia nie jest najgorszy. - Jestem poobijany, ale nie jest źle - mówił.
Pytany o to, co pamięta z momentu wypadku, powiedział, że "niewiele". - Ciężko powiedzieć cokolwiek, co w danym momencie było. Poczuliśmy tylko, że autobus się przewraca i tyle - relacjonował.
Co działo się po wypadku? - Krzyk ludzi dookoła, wołanie o pomoc. Próbowaliśmy pomagać tym, którzy dadzą radę, żeby powychodzili. Służby naprawdę bardzo szybko przyjechały i pomagały później w wyciąganiu wszystkich pozostałych osób - opisywał.
Jak relacjonował pan Grzegorz, podróżował z rodziną. Przekazał, że jej członkowie nie mają poważnych obrażeń. Pan Grzegorz poinformował też, że w autokarze były pasy bezpieczeństwa.
"Jeżeli tylko trzeba będzie, Polonia pomoże"
Na miejscu tragedii pojawili się także mieszkający na Węgrzech Polacy, którzy zaoferowali wsparcie poszkodowanym i ich rodzinom. - To jest po prostu niemożliwe. Człowiek nie może tego przeżyć, wytłumaczyć sobie, że mógł być taki wypadek. Ja w pracy się dowiedziałam. Wyszłam wcześniej z pracy i przyjechałyśmy z córką. Jeżeli możemy w czymś pomóc, pomożemy i wszystko zrobimy, żeby była jakaś pomoc - mówi Polka mieszkająca na Węgrzech. - Najgorsze to, że oni nie mogą się porozumieć. Dlatego jesteśmy tutaj z córką. Będziemy tłumaczyć, ile tylko możemy. Co możemy pomóc, to pomożemy. Jeżeli tylko trzeba będzie, Polonia pomoże. Mamy swoją grupę i działamy - mówi kobieta.
Zginęło 12 osób
W niedzielę około godziny 1 na węgierskiej autostradzie M3 między Budapesztem a Miszkolcem doszło do wypadku autokaru, którym podróżowali pielgrzymi z Podkarpacia. W pojeździe było 59 polskich obywateli - 57 pasażerów i dwóch kierowców. Zginęło 12 osób, 10 pasażerów jest w stanie ciężkim, w tym pięć osób w stanie zagrożenia życia. Poszkodowani przebywają w szpitalach na Węgrzech.
Pojazd wiozący turystów, którzy wracali z pielgrzymki do Bośni i Hercegowiny, zmierzał w kierunku miasta Nyiregyhaza na wschodzie Węgier. W okolicy miejscowości Mezokeresztes wpadł do rowu i przewrócił się. Według wstępnych informacji węgierskiej policji kierowca zasnął podczas jazdy. Osoba kierująca autokarem została zatrzymana
Ranni w szpitalach
Węgierskie szpitale przekazały informacje o stanie poszkodowanych w wypadku polskiego autokaru. W Centrum Klinicznym Uniwersytetu w Debreczynie przebywa obecnie pięć osób. Jedna z nich ma w poniedziałek przejść operację.
Do szpitala w Egerze trafiło 11 osób. Pięć z nich zostało już wypisanych, a sześć pozostaje na oddziale urazowym. Ich stan jest stabilny, choć poważny, i nie zagraża życiu.
Z kolei w szpitalu w Nyíregyházie przebywa 20 Polaków. Osiemnastu z nich odniosło lekkie obrażenia i, jak przekazała placówka, jeszcze dziś mogą zostać wypisani. Dwie pozostałe osoby zostaną na obserwacji z powodu urazów głowy.