Premium

Pan nie żyje, proszę pana. Nie ma za co przepraszać

Zdjęcie: TVN24

Niełatwo jest umrzeć i nie zauważać swojej śmierci dłużej niż miesiąc. Ktoś się o nas upomni, coś zablokuje, konto wyświetli się na szaro, przychodnia odmówi przyjęcia. Andrzej Kępa z Warszawy nie żył prawie dwa lata i do dzisiaj ma grób, bo "nie jest statystycznym Polakiem". Wedle sądu, dla takich jak on utrata tożsamości to jedynie "czasowy dyskomfort".

- Dzisiaj nie mówi się "osoba bezdomna". Mówi się "osoba w kryzysie bezdomności" – poprawia mnie Andrzej Kępa.

"Kryzys" nie przykleja się do człowieka tak jak "bezdomny". Może trwać długo, ale ma początek i koniec. Wchodzimy w niego bezwolnie. Wyjście zależy od nas. - Spotykam ludzi, którzy byli już w kilkunastu ośrodkach. Opowiadają, jak tam jest. Stają się informatorami tego życia. To jest ich życie. Przyzwyczaili się. Ja wewnętrznie się nie pogodziłem, ale zaczynam machać na to ręką. I to mnie przeraża – mówi Kępa.

Dlatego długo bronił się przed ośrodkami. Gdy zgłosił się do pierwszego, dowiedział się, że nie żyje.

Jak wyjść ze śmierci? - Najpierw czułem się z tym dziwnie. Potem narastała bezradność. Po miesiącach pukania do różnych instytucji opadła we mnie chęć wyjaśniania.

Pani konto wyświetla się na szaro

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo