Premium

"Świetnie skoordynowana akcja totalitarnego reżimu. Świat powinien reagować oburzeniem"

Zdjęcie: Shutterstock

- Wyobraźcie sobie, że władze Polskiej Republiki Ludowej porywają z Londynu przedstawicieli rządu na uchodźstwie i siłą stawiają przed komunistycznym sądem w Moskwie. Brzmi jak political fiction? Niestety, takie szokujące działania są codziennością, obserwujemy je tu i teraz - mówi tvn24.pl Peter Dahlin, szef organizacji Safeguard Defenders, która przygotowała raport o działalności chińskich służb poza granicami kraju.

"Dlaczego władze Chin tak długo zwlekały z podaniem tej informacji?" - tak 19-letni Wang Jingyu skomentował na jednym z portali społecznościowych fakt, że w konfrontacji z indyjskimi siłami zginęło czterech chińskich żołnierzy. Od starcia do oficjalnego komunikatu minęło kilka miesięcy.

Wang Jingyu się zapomniał. Jeszcze niedawno dobrze wiedział, że publiczne zadawanie takich pytań może się źle skończyć. Ale przecież już od roku przebywał w Stanach Zjednoczonych, a tam wolno wyrażać swoją opinię. Kiedy zdecydował się dopytać o szczegóły starcia z wojskami innego państwa, od Chin dzieliły go tysiące kilometrów. Co więc mogło mu się stać?

Wang nacisnął enter, post został opublikowany. Nastolatek nie wiedział, że na zawsze zmienił los swojej rodziny mieszkającej w Chongqing, liczącej ponad 30 milionów mieszkańców metropolii w środkowych Chinach. 

***

Tang Zhishun myślał, że najtrudniejsze już za nimi. Byli w Mjanmie, czyli w dawnej Birmie, kilka kilometrów od granicy z Państwem Środka. Wydawało się, że już nic nie może przeszkodzić mu w dotrzymaniu obietnicy, którą złożył parze opozycjonistów przetrzymywanych przez chiński reżim – że pomoże ich 16-letniemu synowi wydostać się z kraju, a potem, przez Tajlandię, dotrzeć do USA.

W Stanach 16-letni Bao będzie mógł skończyć szkołę. Nie spotka go też los rodziców, którzy usłyszeli zarzuty próby obalenia władzy państwowej, bo zarzucali władzy łamanie praw człowieka. 

Podróżujący z nim nastolatek miał dość tułaczki. Zmęczenie objawiło się, kiedy skończył się strach. No bo teraz przecież są już poza krajem. Przecież chińscy policjanci nie założą im worków na głowę i nie zabiorą z powrotem.

***

Wyobraźcie sobie, że władze Polskiej Republiki Ludowej porywają z Londynu przedstawicieli rządu na uchodźstwie i siłą stawiają przed komunistycznym sądem w Moskwie. Brzmi jak political fiction? Niestety, takie szokujące działania są codziennością, obserwujemy je tu i teraz - mówi w rozmowie z tvn24.pl Peter Dahlin, szef Safeguard Defenders, szwedzko-hiszpańskiej organizacji pozarządowej zajmującej się prawami człowieka w Azji, przede wszystkim w Chinach. - Jeżeli ktoś myśli, że władza chińskiej partii komunistycznej ogranicza się do terytorium Państwa Środka, to jest w błędzie

Dahlin podkreśla, że Chiny to potężne państwo rządzone przez totalitarną władzę, która coraz śmielej wpływa również na to, co dzieje się poza jego granicami.

- Staramy się uświadomić światu, że Państwo Środka od kilku lat prowadzi zmasowaną akcję w innych krajach. Ma ona doprowadzić do skazania krnąbrnych Chińczyków, którzy uciekli przed prześladowaniami, i uciszenia tych, którzy mają odwagę o nich głośno mówić - informuje Dahlin.

Wcześniej pracował na terenie Państwa Środka, co - jak opowiada - skończyło się 23-dniowym pobytem w celi w ramach systemu RSDL (z ang. Residential Surveillance at a Designated Location - nadzór w wyznaczonym miejscu), który obejmuje osoby podejrzane o zagrażanie bezpieczeństwu państwa. 

Z Chin został wyrzucony i ma zakaz powrotu. O praktykach chińskiego totalitaryzmu informuje świat zdalnie. Zarządzana przez Petera organizacja przygotowała właśnie raport, z którego wynika, że od 2014 roku chińskie władze "namówiły" do powrotu do ojczyzny blisko 10 tysięcy osób, które z jakiegoś powodu uciekły za granicę. 

CAŁY RAPORT SAFEGUARD DEFENDERS >>>

- Chińskie władze lubią chwalić się tym, że ktoś poszukiwany za granicą stanie przed sądem. Dane o powracających do ojczyzny publikowane są między innymi przez Centralną Komisję ds. Kontroli Dyscypliny Komunistycznej Partii Chin - mówi Dahlin.

Wielu z nich to osoby, którym chińska prokuratura przedstawiła zarzuty przestępstw gospodarczych, oszustw finansowych i próby obalenia władzy.

- O rzekomych przestępstwach dowiadują się już po wyjechaniu z kraju, kiedy decydują się na krytykę chińskich władz, wspieranie opozycji czy uczestnictwo w zwalczanych przez reżim organizacjach, takich jak Falun Gong. Tak było w przypadku Zhihui Li, który miał być poddany ekstradycji z Polski [jego historię szeroko opisywaliśmy na tvn24.pl - red.] - opowiada Peter Dahlin.

"W TEJ CHWILI MOŻE SIĘ CZUĆ JAK W CELI ŚMIERCI". ZOBACZ REPORTAŻ O ZHIHUI LI >>>

Przedstawiciele zarządzanej przez niego organizacji pozarządowej przekonują, że znaczna część rzekomo dobrowolnych powrotów nie miała nic wspólnego z dobrowolnością. To - jak udowadniają w najnowszym raporcie - efekt tego, że Chiny coraz intensywnej ignorują przepisy międzynarodowe i nie czekają na ekstradycję ściganych przez siebie ludzi.

***

Nie minęła doba, od kiedy studiujący w USA Wang Jingyu napisał niewygodny dla reżimu post na popularnym w Azji portalu Weibo, kiedy do drzwi jego rodziców w Chongqing zapukali umundurowani policjanci i funkcjonariusze w cywilu. Rodzice studenta usłyszeli, że ich syn dopuścił się "oczerniania i poniżania bohaterów narodowych i wywoływania negatywnych skutków społecznych". 

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo