Premium

Zaczyna się od zmiany języka. Z "nasze dziecko" na "moje dziecko"

Zdjęcie: Shutterstock

Manipulacje, oczernianie i podważanie kompetencji. To codzienność, z którą muszą mierzyć się niektóre dzieci, często kilkuletnie, których rodzice po rozstaniu nie potrafią podzielić się opieką.

Czy walka o serca i umysły dzieci powoduje, że rodzice wyzbywają się wszelkich skrupułów i są gotowi na wszystko? I jaką ceną płaci za to dziecko?

Zaczyna się niewinnie, wręcz niezauważalnie. Od zmiany języka - z "nasze dziecko" na "moje dziecko", a stopniowo przechodzi w nieprzerwaną krytykę umiejętności rodzicielskich byłego już partnera.

A dziecko? Jego świat i poczucie bezpieczeństwa pęka, a jeden wspólny obraz kochanych rodziców dziecięca psychika dzieli na dwa: rodzica dobrego i tego złego.

Alienacja rodzicielska jest zjawiskiem wciąż badanym i chociaż nie ma żadnych statystyk mówiących o tym, jak wielu dzieci dotyka, to wiadomo, że skala problemu wciąż rośnie wraz ze zwiększającą się liczbą rozwodów i rozstań.

Agata Jarzyna, psycholog i mediatorka pracująca w Komitecie Ochrony Praw Dziecka od 18 lat, i Anna Szeremeti, prawniczka od ośmiu lat prowadząca konsultacje z prawa rodzinnego w Fundacji ITAKA - Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych, wysłuchały setek historii dzieci krzywdzonych w ten sposób, często nieświadomie, przez własnych rodziców. Katarzyna Skalska-Koziej zapytała je, co kieruje rodzicami stosującymi praktyki alienacyjne i jak tragiczny mają wpływ na dziecięcą psychikę.

Katarzyna Skalska-Koziej: Nie trzeba porwania rodzicielskiego ani odcięcia od kontaktów z drugim rodzicem, aby w trakcie rozstania wyrządzić dziecku potworną krzywdę. Gdzie zaczyna się alienacja?

Agata Jarzyna: Tego nie widać. To jest bardzo subtelne, wręcz wysublimowane. Wyodrębniłam cztery kategorie takich zachowań. Pierwsze pojawiają się już na poziomie języka. Rodzic mówi na przykład: "my z Jasiem", "my jesteśmy porzuceni", "my jesteśmy oszukani i gnębieni". Rodzic i dziecko to jedność. "My". Kolejne słowo to "moje". "Moje dziecko", "moja miłość". Nie "nasze", nie "mamy i taty", tylko "moje".

Później mamy cały katalog dewaluacji i podważania kompetencji drugiego rodzica i oczerniania. Jaki ten tata lub mama jest niekompetentny, niekompetentna, nie wie, jak lekcje się odrabia. Nie wie, jak ubrać dziecko, bo nie zakłada takich ubrań, jak potrzeba. Włącznie z drastycznymi ocenami, że jest pijakiem i oszustem. To są skrajne przypadki, ale jednak się zdarzają.

Następny poziom to markowanie współpracy i jej blokowanie. Rodzic mówi: "ja chcę współpracować, jestem gotów, zrobię wszystko dla dziecka", ale od razu dodaje: "to dziecko nie chce" - to kolejny etap. W hierarchii rodzinnej czynimy tego małego człowieka odpowiedzialnym za to, że ma teraz wybrać, czy kocha mamę, czy tatę. Bo mama i tata - w zależności, z kim dziecko jest na stałe - są jedynie pozornie, a nie faktycznie gotowi do współpracy, tylko to dziecko nie chce. Dla niego to jest dramat, żeby wybrać.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo