Premium

Ostatni Mohikanie. O bohaterach, którzy wyszli z kina na ulicę

Zdjęcie: Luiza Stosik-Turek

Na pomoście stoi dwoje staruszków w niemodnych swetrach. W jeziorze kąpią się ludzie, a na plaży trwa chaos pierwszych dni wakacji. Nagle nad taflą jeziora wznosi się podpity, acz serdeczny sznapsbaryton. - Jaa paaaństwa znaaam!!! Heej! – krzyczy ogolony na łyso jegomość w klapkach, który zawzięcie pedałuje na rowerze wodnym. Facet jest już przy pomoście i wstaje z plastikowego krzesełka, z trudem łapiąc równowagę. - Chodźcie na łódkę, to was przewiozę – proponuje amator zimnego piwa, po czym z głośnym pluskiem wpada do wody. Starsi państwo uśmiechają się nieznacznie, gdy fala unosi kuboty.

Kosmici. To słowo w kontekście małżeństwa Kalinowskich pada najczęściej. Mówią tak o nich ci, którzy byli z nimi blisko. Mówią tak również ludzie, którzy widzieli ich tylko raz w życiu. Nawet oni uważali Kalinowskich za swoich dobrych znajomych. Tak jak kapitan wodnego roweru, który raczej nie był gościem Lubuskiego Lata Filmowego w Łagowie.

Maria i Bogdan Kalinowscy przez lata wrośli w miejski folklor Poznania i pejzaż polskiego światka filmowego. Wspólnie obejrzeli prawie 16 tysięcy filmów i każdy z nich opisali w jednym z kilkudziesięciu grubych zeszytów.

"Zawsze wypatrywało się ich w tłumie... a jakie to było szczęście trafić na ten sam film do sali kinowej! Festiwale bez tych Państwa będą jakieś inne…" – napisał anonimowy internauta, gdy w listopadzie tego roku zmarła Maria Kalinowska.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo