Premium

Historia Facebooka to historia internetu. Zmienił nasze życie, ale czy na lepsze?

Od ostatniego zatrwożenia Facebookiem minęło już kilka dobrych lat, przyszedł więc czas na kolejną odsłonę tej batalii. To, czego się domyślaliśmy, zostało potwierdzone przez osobę z wewnątrz. Produkty Facebooka szkodzą dzieciom i demokracji oraz pogłębiają podziały.

Dwudziesty pierwszy wiek zaczął się na dobre, gdy w 2001 r. dwa porwane samoloty uderzyły w bliźniacze wieże World Trade Center. Ameryka ruszyła na "wojnę z terrorem", której skutków wciąż doświadczamy i będziemy doświadczać jeszcze przez wiele lat. Ale atak terrorystów na Nowy Jork nie był jedyną eksplozją, która zmieniła świat. 

Kolejną, choć już nie tak spektakularną, było pęknięcie bańki internetowej, tzw. dot-com bubble. Domeny znikały wówczas z rynku bez większego hałasu. Sztucznie nadmuchiwane biznesy internetowe z końca XX wieku były niczym worki bez dna - okazało się, że nie wystarczy pomysł na chwytliwą nazwę, żeby naprawdę zarabiać pieniądze.

Doskonale rozumiała to firma Google. Jako internetowy "mesjasz" przyszła zbawić World Wide Web. Sieć próbowano wcześniej komercjalizować w prymitywny sposób, oklejając wszystko co się da natrętnymi reklamami. Na to wszedł Google.com, cały na biało - dosłownie. Logo, pasek do wpisania zapytania i doskonałe roboty przeczesujące i archiwizujące sieciowe połączenia. To sprawiło, że wyszukiwarka Google’a z miejsca pokonała konkurencję. Jednak w obliczu kryzysu zabawa w zbawcę straciła sens. Po drodze zniknęło gdzieś hasło "Don’t be evil", które dotąd przyświecało działaniom firmy. "Nie bądź zły, bądź po prostu korporacją" - błyskotliwie podsumowali tę przemianę muzycy z zespołu rockowego Manic Street Preachers.

Jesteś towarem

Co takiego złego uczynił Google? Zaoferował użytkownikom skarb - skrzynkę mailową o olbrzymiej pojemności. I to za darmo. No, może nie całkiem. Ceną była zgoda, by roboty Google’a czytały ich maile i na tej podstawie dobierały reklamy. To była oferta dla biznesu - zamiast wyrzucać pieniądze na reklamę w mass mediach, która nie wiadomo do kogo dotrze, skorzystajcie z wiedzy zdobytej przez nasze roboty - proponował Google.

Właśnie wtedy użytkownicy internetu stali się towarem. Na początku XXI wieku oddaliśmy więc prywatność dwukrotnie - najpierw służbom bezpieczeństwa, ze strachu przed terrorem, potem korporacjom - za obietnicę dobrej zabawy w sieci. Nikt szczególnie nie dbał o nasze zdanie.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo