Żyje, a odwiedza swój grób. Fatalna pomyłka urzędników

Polska

tvn24Pan Andrzej formalnie nie żyje

Andrzej Kępa formalnie nie żyje, choć faktycznie ma się całkiem dobrze. Wszystko przez nieuwagę lekarzy, niedopatrzenie policji i urzędniczą machinę, która pogrzebała go żywcem. Kiedy zjawia się w urzędzie słyszy, że nie żyje. Na dowód dostaje akt zgonu. Urzędników nie przekonuje nawet to, że mężczyzna stoi przed nimi osobiście. Papier to papier, a według niego pan Andrzej nie istnieje.

Grób pana Andrzeja znajduje się na cmentarzu komunalnym w Antoninowie pod Warszawą. Tutaj chowa się osoby, których tożsamość jest nieznana lub te, które nie miały rodzin i zostały pochowane na koszt państwa.

Andrzej Kępa nie może uwierzyć, że idzie na cmentarz szukać swojego grobu. - Jest, to ten. Ale muszę powiedzieć, że mnie to trochę rąbnęło - mówi reporterowi programu "Czarno na białym".

Zmarły i już

Tragiczna historia Andrzeja Kępy, który od dwóch lat jest bezdomny zaczęła się w chwili, gdy na początku roku przyszedł do urzędu wymienić dowód. - Jakoś tak na mnie zerkali, to jedna osoba podchodzi, to druga. Sytuacja się wyjaśniła kiedy przyszedł kierownik i powiedział - pokazując akt zgonu - że skreślono mnie z ewidencji ludności - wspomina pan Andrzej.

Stary dowód mężczyźnie zabrano, a aktu zgonu nie wydano. Powód absurdalny - pan Andrzej nie jest osobą najbliższą dla zmarłego. Mężczyzna dostał jedynie pismo o treści: "Zgłosił się mężczyzna podający, że nazywa się Kępa Andrzej (...) w bazie ewidencji sprawdzono, że Kępa Andrzej zmarł w dniu 14.11.2011 roku. (...) W związku z powyższym dowód osobisty zatrzymano i uniewazniono".

Machina ruszyła

Ciąg pomyłek zaczął się w szpitalu przy ulicy Barskiej w Warszawie. To tutaj prawdopodobnie trafił bezdomny kolega Andrzeja Kępy. W trakcie hospitalizacji miał podać dane osobowe pana Andrzeja. Po kilku dniach mężczyzna zmarł.

W tym momencie lekarze ze szpitala proszą policję o ustalenie danych zmarłego na podstawie imienia i nazwiska. W tym miejscu dochodzi do pomyłki. - Być może zabrakło doświadczenia, policjanci powinni pojechać do szpitala, zrobić zdjęcie tej osoby i z rodziną, którą udało nam się ustalić potwierdzić czy rzeczywiście chodzi o tego mężczyznę - przyznaje Mariusz Mrozek z Komendy Stołecznej Policji. Funkcjonariusze jednak tego nie zrobili.

A jedyną rodziną Andrzeja Kępy jest córka, która od lat nie utrzymuje kontaktu z ojcem. Ona też nie widziała zwłok ojca. Od tego momentu rusza urzędnicza machina - powstaje akt zgonu, a Andrzej Kępa znika. Jedyny dokument, którym żyjący mężczyzna może się dziś posłużyć to odpis aktu urodzenia.

Pamiętają

Mężczyznę doskonale pamiętają sąsiedzi z bloku, w którym od dzieciństwa mieszkał. Oglądając zdjęcie bez wahania wskazują jak się nazywał.

Ręce rozkładają jednak miejscy urzędnicy. - Do nas wpłynął akt zgonu i pan to musi we własnym zakresie załatwić. Ja panu nic nie pomogę - mówi Wiesław Bochenek Urzędu Dzielnicy Praga Południe. I dodaje: - Na podstawie aktu zgonu pan zostaje zdjęty z ewidencji.

Urzędników nie przekonuje nawet to, że pan Andrzej obok nich stoi. Wszystko przez przepisy. Oficjalnie przyznają jednak, że sytuacja jest kuriozalna.

Szczęśliwy koniec

Całą sprawą od miesiąca zajmuje się prokuratura. Jej przedstawiciele zapewniają, że do zakończenia kuriozalnej pomyłki jest już bliżej niż dalej. - Wkrótce taki wniosek do sadu trafi, zostanie rozpoznany w postępowaniu nieprocesowym i akt zgonu stwierdzający niezgodny stan rzeczy zostanie unieważniony - zapewnia rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie Dariusz Ślepokura.

Nie wiadomo jednak kiedy odbędzie się rozprawa. Swój błąd chce też naprawić policja, która zamierza przeprosić pana Andrzeja.

Autor: mn/tr / Źródło: tvn24

Źródło zdjęcia głównego: tvn24