Polska

"Kancelaria premiera musiała mieć wiedzę o sprawie Amber Gold". Sześć godzin zeznań Marcina P.

Polska

Aktualizacja:
Zeznania Marcina P. przed komisją śledczą
Zeznania Marcina P. przed komisją śledczątvn24
wideo 2/35

- Nic Polakom do zwrócenia nie mam, kompletnie nic - oświadczył przed komisją śledczą były szef Amber Gold. W trwających w sumie sześć godzin zeznaniach Marcin P. przekonywał, że prokuratura celowo działała, aby był jedynym skazanym. - To nie było stado pięciuset baranów, które szło ślepo i wykonywało polecenia - ocenił pracowników swojej spółki finansowej, podkreślając, że nie on jeden powinien zasiadać na ławie oskarżonych.

CZYTAJ RELACJĘ MINUTA PO MINUCIE

Marcin P. został przywieziony do warszawskiego sądu okręgowego w środę rano przez konwój Służby Więziennej z Gdańska. Posiedzenie komisji śledczej rozpoczęło się o godzinie 10. Marcin P. nie skorzystał z prawa do swobodnej wypowiedzi.

Były szef Amber Gold odmówił odpowiedzi na trzy pierwsze pytania. Joanna Kopcińska (PiS) pytała go, kiedy zdecydował się na stworzenie Amber Gold. Marcin P. odmówił odpowiedzi z uwagi na - jak tłumaczył - toczące się postępowanie karne. Świadek nie chciał też odpowiedzieć na pytanie, skąd miał pomysł na stworzenie Amber Gold, a także jakie środki były potrzebne na rozpoczęcie działalności Amber Gold i skąd pochodziły.

Pytany, jak wyglądała bieżąca działalność Amber Gold, Marcin P. odpowiedział, że działalność spółki była "zorganizowana, bardzo przejrzysta, jasna i klarowna".

"Pomysł na Amber Gold narodził się w 2008 roku"

Zapytany przez przewodniczącą komisji Małgorzatę Wassermann (PiS) Marcin P. odpowiedział, że jego poprzednie przedsięwzięcie - "Salony Finansowe" - nie zostało przekształcone w spółkę Amber Gold.

Jak podkreślił, "Salony Finansowe" nie zostały przekształcone w żadną spółkę. - One zmieniły tylko nazwę na Amber Gold Invest, ale to nie było przekształcenie. Spółka Amber Gold to była zupełnie inna spółka, która została powołana i utworzona jako Amber Gold, czyli wcześniej Grupa Inwestycyjna Ex - powiedział Marcin P.

Wassermann dopytywała, kiedy doszło do zmiany z Grupy Inwestycyjnej Ex na Amber Gold. - W lipcu, sierpniu 2009 roku - odpowiedział świadek.

Przewodnicząca komisji pytała, czy decyzja o tym, żeby doszło do tego przekształcenia i rozpoczęcia działalności Amber Gold zapadła u P. w czasie jego wcześniejszego pobytu w zakładzie karnym.

- Decyzja o działalności spółki Grupa Inwestycyjna Ex zapadła jeszcze przed moim osadzeniem i ta spółka została powołana. W tym momencie zostały także stworzone dokumenty, co ma odzwierciedlenie w materiałach elektronicznych zabezpieczonych przez prokuraturę ze spółki Amber Gold w postępowaniu karnym. Cały model funkcjonowania spółki został utworzony jeszcze przed moim osadzeniem. To nie było tak, że to się narodziło w więzieniu - wyjaśniał Marcin P.

Wassermann dopytywała, kiedy w takim razie narodził się pomysł Amber Gold. Marcin P. odpowiedział, że w 2008 roku.

Dopytywany, dlaczego Amber Gold nie rozpoczęło działalności w 2008 roku, stwierdził, że trwały przygotowania do zorganizowania takiej działalności. - Otworzenie firmy i prowadzenie firmy z taką działalnością i możliwością rozwoju na dużą skalę, to nie jest przedsięwzięcie jednego dnia - powiedział P.

Z uwagi na toczące się postępowanie karne odmówił odpowiedzi na pytanie, jak te przygotowania wyglądały i do czego się przygotowywali twórcy Amber Gold.

"Nic Polakom do zwrócenia nie mam"

- Ja nic Polakom do zwrócenia nie mam panie pośle (...) kompletnie nic - tak świadek skomentował słowa Witolda Zembaczyńskiego (Nowoczesna), że podczas środowego przesłuchania ma niepowtarzalną okazję do tego, by "zwrócić coś Polakom".

Odmówił odpowiedzi na pytanie o kontakty z politykami. Odmówił także odpowiedzi, jacy "profesorowie mu doradzali".

- Skąd miał pan know-how na tę piramidę? - zapytał Zembaczyński.

- Odmawiam odpowiedzi na to pytanie, proszę nie nazywać tego piramidą finansową - odpowiedział Marcin P. - Było to przedsiębiorstwo, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Nie była to piramida finansowa, żaden wyrok prawomocny w tej sprawie nie zapadł - dodał. Podkreślił zarazem, że "w systemie polskim nie istnieje coś takiego jak piramida finansowa".

Marcin P. odmówił również odpowiedzi, z czego się utrzymywał w latach 2008-09, czym dokładnie zajmowała się jego żona i z czego się utrzymywała. Odmówił również odpowiedzi na pytanie o jego aktualny majątek.

Przyznał również, że być może miał w okresie uruchamiana Amber Gold zablokowane konta przez komornika. Powiedział, że rozdrabnianie spółek, związanych z Grupą Amber Gold, "tworzenie tak zwanych spółek holdingowych", wynikało z jego wiedzy.

- To było rozwijane przez bardzo długi okres czasu, zanim doszło do takiej ilości spółek, jaka była. Na początku to były dwie spółki, potem pojawiła się trzecia, czwarta, piąta i tak doszliśmy do dziewięciu, jeśli dobrze pamiętam - powiedział P.

Pytany przez Zembaczyńskiego, czy chciał uciec do Argentyny, przekonywał, że nigdy nie chciał i nie próbował nigdzie uciec.

"Kwota niekorzystnego rozporządzenia mieniem inna niż 850 milionów złotych"

Odpowiadając na pytanie Joanny Kopcińskiej (PiS), ile środków wpłacono na lokaty w złoto, P. odparł: "Według aktu oskarżenia, kwota niekorzystnego rozporządzenia mieniem jest to 850 milionów złotych i ona jest wprost wzięta z załącznika, bodajże numer trzy, do opinii biegłych Ernst and Young, która dokumentuje tylko i wyłącznie uznania rachunków bankowych spółki Amber Gold".

- W ramach postępowania karnego nie został zbadany system Agnet, który zarządzał wszystkimi lokatami, które zakładali klienci. Co więcej: ten system nie został nawet zabezpieczony przez prokuraturę, mimo dwukrotnych naszych wezwań i wezwań biegłych Ernst and Young, którzy wydawali opinię - powiedział Marcin P. Dodał, że "prokuratora zabezpieczyła go prawdopodobnie w 2014 r., w tym momencie, kiedy opinia została już wydana i złożona do akt sprawy". Zdaniem świadka znajduje się to na płytach, które - jak mówił - "są nie do odtworzenia, gdyż są uszkodzone".

- Według mojej wiedzy w chwili obecnej jest to weryfikowane przeze mnie i przez obrońcę. Kwota niekorzystnego rozporządzenia mieniem jest zupełnie inna - mówił P.

- Ja nie jestem w stanie na chwilę obecną jej podać, ze względu na to, że mamy bardzo ograniczony dostęp do danych elektronicznych, które są w posiadaniu sądu. Sąd ma kopię zapasową, której nie może odtworzyć - dodał. Zdaniem P. sąd prawdopodobnie "dopiero po 15 sierpnia będzie mi w stanie udostępnić przez biuro syndyka dostęp do systemu Agnet z danych, gdzie na podstawie tego będzie to możliwe do wyliczenia".

P. powiedział, że "nie interesował się bazą klientów Amber Gold". Według świadka do czasu, kiedy powstały problemy finansowe Amber Gold w okolicach czerwca-lipca 2012 roku, składki ZUS były płacone regularnie.

"Michał Tusk nie był kamuflażem"

Witold Zembaczyński pytał, dlaczego świadek pomawiał prezesa Portu Lotniczego w Gdańsku Tomasza Kloskowskiego oraz Michała Tuska o przestępstwa. Przypomniał, że prokuratura umorzyła postępowania wobec tych osób, nie widząc żadnych nielegalnych działań. - Czy to miał być kamuflaż dla pana działalności, posługiwanie się synem premiera? - pytał poseł Nowoczesnej.

- Nigdy nie było takiego założenia, że Michał Tusk miał być kamuflażem dla mojej działalności, nigdy także Michał Tusk nie został przeze mnie wykorzystany w jakichkolwiek sytuacjach politycznych, czyli wpływów u ojca, czy innych osób, do których jego ojciec mógł mieć dostęp - zapewnił.

Jak dodał, Michał Tusk miał się zajmować tylko i wyłącznie kontaktami między dyrektorem zarządzającym OLT Express Jarosławem Frankowskim, lotniskiem w Gdańsku i uzyskiwaniem informacji z tego lotniska, odnośnie możliwości rozwoju siatki połączeń. - Michał Tusk dostarczał nam dane, które w mojej ocenie (...) naruszały, jeżeli nie prawnie, to na pewno moralnie, był konflikt interesów - powiedział świadek.

"Miałem przecieki z ABW"

Marcin P. podczas przesłuchania przyznał także, że miał przecieki z ABW. - To nie były przecieki od Michała Tuska, ale dostarczane przez osoby trzecie związane z ABW, w tym także przez niektórych dziennikarzy - powiedział P.

Jak dodawał jego pełnomocnik Michał Komorowski, nazwiska polityków, z którymi kontaktował się Marcin P., są w aktach Sądu Okręgowego w Gdańsku, w którym toczy się postępowanie.

CZYTAJ WIĘCEJ O TEJ CZĘŚCI PRZESŁUCHANIA

Marcin P. zeznawał, że jego karalność to był fakt powszechnie znany. To nie była żadna tajemnica - mówił.

Poinformował, że jego pracownicy wiedzieli o jego karalności. - Powiedziałem, że jeżeli nie chcą pracować, znając tę informację, to mogą odejść - ja nie będę miał żadnych pretensji. Nikt się nie zdecydował na odejście - powiedział.

"Zatrudnienie Michała Tuska było mi nie na rękę"

Marcin P., odpowiadając na pytania Tadeusza Rzymkowskiego (Kukiz'15), relacjonował dokładnie okoliczności zatrudnienia Michała Tuska w liniach lotniczych OLT Express. - Michał Tusk w drugiej połowie 2011 roku chciał napisać artykuł o spółce Jet Air i otwieranych połączeniach w Gdańsku - relacjonował.

- Zgłosił się do pana Tomasza Wicherka, który w tamtym okresie był prezesem zarządu spółki Jet Air, który powiedział, że nie jest uprawniony do udzielania takich informacji i skierował pana Michała Tuska do mnie, pytając mnie, czy wyrażam zgodę na podanie mojego numeru telefonu dziennikarzowi "Gazety Wyborczej", z zastrzeżeniem, że jest to syn premiera - dodał Marcin P.

Jak mówił, wyraził zgodę i rozmawiał z Michałem Tuskiem 20-30 minut. Michał Tusk w efekcie rozmowy napisał ten artykuł, a po jakimś czasie sam zgłosił się do P., że "chciałby znaleźć zatrudnienie w spółce OLT Express Regional".

- Rozmawiał wtedy z Jarosławem Frankowskim (dyrektorem wykonawczym OLT - przyp. red.) i wycofał się, mówiąc, jak mi się wydaje, że nie dostał aprobaty ojca, by się zatrudnić w tej spółce - mówił Marcin P. Dodał, że nie jest pewien, czy tak było na pewno, bo na jego pamięć mógł wpłynąć "przekaz medialny".

- Mnie to było bardzo nie rękę, by zatrudniać Michała Tuska - zaznaczył. - Dlaczego? - spytał Rzymkowski. - Z tego względu, że był to syn premiera. Nie chciałem, by polityka mieszała mi się w działalność biznesową spółek - odpowiedział P.

Po jakimś czasie, jak zeznał, rozmawiał też z Jarosławem Frankowskim, że "można go (Michała Tuska) będzie wykorzystać, bo jakieś informacje z lotniska wyniesie, bo wszyscy wiedzieli, że na lotnisku znajdzie zatrudnienie".

Z kolei znów po upływie pewnego czasu, jak mówił P., w styczniu lub w lutym 2012 roku, zadzwonił do niego Tomasz Kloskowski (prezes Portu Lotniczego w Gdańsku), nie na komórkę, tylko do biura. - Zadzwonił z propozycją, że pan Michał Tusk jest już pracownikiem lotniska i chciałby u nas pracować, ale w dziale marketingu i zajmować się pomocą w ustalaniu nowych kierunków połączeń - zaznaczył Marcin P.

Jak dodał, miał on przekazywać na przykład informacje, jakie trasy docelowe z przesiadką wybierają pasażerowie z Gdańska, co jest bardzo cenną informacją dla linii lotniczej, bo może stworzyć na tych trasach bezpośrednie połączenia.

- Wtedy już z Michałem Tuskiem nie rozmawiałem, tylko rozmawiał z nim Jarosław Frankowski, który przyszedł do mnie z informacją, że Michał Tusk się zgadza, a prezes Kloskowski nie robi żadnych problemów, by pracował jednocześnie w porcie lotniczym i spółce OLT Express - opowiadał Marcin P.

Michał Tusk nie wyraził jednak zgody na zatrudnienie w Amber Gold sp. z o.o., która zajmowała się marketingiem wszystkich spółek, a chciał być zatrudniony w spółce OLT Express, która "de facto tylko sprzedawała bilety". - Ja powiedziałem, że nie widzę z tym problemu" - zaznaczył Marcin P. W rezultacie Michał Tusk "podpisał umowę współpracy ze spółką OLT Express".

W tym czasie były bowiem zwolnienia z "Gazecie Wyborczej" i Michał Tusk wiedział, że lada moment straci pracę, choć nie miał tam etatu - dodał świadek.

Według niego chciał być natomiast zatrudniony w OLT, a nie w Amber Gold między innymi w związku z tym, że miał kredyt hipoteczny i chciał założyć działalność gospodarczą, i "współpracować ze spółką OLT Express".

Marcin P. dopytywany przez posła Rzymkowskiego, czy w momencie podpisania umowy z OLT Michał Tusk był zatrudniony w porcie lotniczym w Gdańsku, bo z dokumentów wynika, że z OLT Express umowę zawarł w połowie marca 2012 roku, a w porcie lotniczym, w połowie kwietnia, przyznał, że dokładnie nie pamięta kolejności zdarzeń. Choć, jak przyznał, Michał Tusk mógł mieć "promesę na zatrudnienie" w porcie w momencie podejmowania współpracy z OLT.

"Wiele osób wiedziało, że LOT ogłosi upadłość"

- Wiele osób, które miały styczność z LOT-em, zajmowały się tym publicystycznie, dziennikarzy, wiedziało o tym, że LOT najpóźniej w miesiącu październiku, listopadzie 2012 roku ogłosi upadłość, bo nie ma pieniędzy. LOT nie miał w pewnym momencie pieniędzy na wypłaty wynagrodzeń w okresie 2012 roku i nie był w stanie konkurować w żaden sposób z innymi liniami lotniczymi - powiedział P.

Dodał, że "czy to by była spółka OLT, czy weszłaby Lufthansa, czy wszedłby Air Berlin, każdy by wykończył LOT w tamtym momencie, bo był tak zarządzany".

- Odmówiłem jakichkolwiek rozmów na temat możliwości przejęcia LOT-u przez OLT Express czy Amber Gold - utrzymywał Marcin P.

Pytany, kto mu składał takie propozycje, świadek odpowiedział: - To były propozycje przynoszone, o ile dobrze pamiętam przez pana (...) Wicherka. - I to na pewno były (propozycje - red.) z Ministerstwa Gospodarki, a nie z Ministerstwa Infrastruktury, tego jestem pewien na 100 procent - dodał.

- Dostaliśmy nawet częściowo księgi handlowe LOT-u do zapoznania się, w sprawie przeprowadzenia takiego pseudoaudytu, żeby zobaczyć, co tam jest. Po analizie tych ksiąg, ja stwierdziłem osobiście, że oprócz 800 mln długu, marki, ta spółka nic nie ma, totalnie nic, jeszcze związki zawodowe do tego dochodziły. Ja odmówiłem jakichkolwiek rozmów na temat możliwości przejęcia LOT-u przez OLT czy Amber Gold - relacjonował.

Marcin P. przyznał również przed komisją, że wydaje mu się, iż o planie śledztwa poinformował go Sylwester Latkowski (były redaktor naczelny tygodnika "Wprost"). CZYTAJ WIĘCEJ NA TEN TEMAT.

Kłamstwo przed komisją śledczą?

Marcin P. zeznał, że z Katarzyną Tomaszewską-Szyrajew (policjantką, która prowadziła dochodzenie w sprawie działalności spółki) bardzo często rozmawiał na temat działalności Amber Gold. - W mojej ocenie ona skłamała tutaj przed komisją śledczą - powiedział były szef Amber Gold. Przekonywał, że zeznania policjantki nie mają potwierdzenia w dokumentacji elektronicznej, w mailach, które funkcjonariuszka kierowała do niego ze swej prywatnej skrzynki.

Katarzyna Tomaszewska-Szyrajew mówiła w listopadzie zeszłego roku komisji śledczej, iż miała wrażenie, że sprawa ta była lekceważona przez nadzorującą tę sprawę prokuraturę Gdańsk-Wrzeszcz, między innymi przez prokurator referenta, prowadzącą sprawę Amber Gold, Barbarę Kijanko.

- To pani prokurator (Barbara Kijanko - przyp. red.) na nią naciskała, żeby ona przesłuchiwała wszystkich pokrzywdzonych, którzy są w chwili obecnej, a to ona nie chciała ich przesłuchiwać. To są zupełnie dwie rozbieżne rzeczy, które pani Katarzyna Tomaszewska tutaj przed komisją mówiła. Są na to dokumenty w postaci maili, znajdują się w aktach sprawy - podkreślał świadek.

Za chwilę doprecyzował jednak, że w opinii przygotowanej przez biegłych jest "jeden szczątkowy mail, który został wybrany". - Pozostałe się nie otwierają, bo tak opinia została przygotowana - dodał P. Powiedział również, że obecnie czeka "na skopiowanie dysku, żeby móc się zapoznać z serwerem pocztowym spółki Amber Gold".

- Prokuratura nie zabezpieczyła, mimo próśb, mojego komputera i komputera mojej żony (...) My nie mamy kopii jeden do jednego, ani serwera spółki - mamy zabezpieczone dane do 21 marca 2012 r., czyli tam, gdzie pracownicy najczęściej podejmowali decyzje, wykonywali polecenia, zarządzali pracownikami, zarządzali lokatami - tego nie ma w tej sprawie karnej - mówił świadek.

Według niego komputery jego i jego żony zostały zabrane przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. - Kopii tego komputera (należącego do mnie - red.) nie ma, a serwer został skopiowany z jakiejś kopii zapasowej, która się tworzyła automatycznie każdego dnia i został skopiowany z dnia 21 marca (2012 roku - przyp. red.). Maile pracowników kończą się 21 marca 2012 roku, dalszych maili nie ma. Jeżeli są, to na komputerach, które mogły zostać wykasowane. I w chwili obecnej komputery są sprzedane, co w tym śmieszniejszego i nie ma możliwości odtworzenia tego całego materiału - powiedział P.

Opisując swoje kontakty z Tomaszewską-Szyrajew, świadek zeznał, że dwukrotnie odwiedziła ona jego biuro w Gdańsku. - Moi pracownicy dla pani policjantki przygotowywali w wersji elektronicznej załączniki protokołu zabezpieczeń, których ona dokonywała w postaci wydania rzeczy, o które ona prosiła. Żeby ona nie miała problemu przepisywania, to moi pracownicy spisywali to, przygotowywali jej i taki mail z takimi danymi, został wysłany także do pani Katarzyny Tomaszewskiej przeze mnie, żeby ona wiedziała, co wpisać do protokołu - relacjonował.

"Michał Tusk przekazywał poufne informacje"

Poseł PiS Marek Suski pytał o informacje, które miał przekazywać Michał Tusk na temat firmy Wizz Air. - Stwierdził pan podczas zeznania, że kwestie, o których informował syn premiera, należą do kategorii poufnych, czy pan potwierdza, że były jakieś poufne informacje? - pytał Suski.

- Z mojej wiedzy - tak, cały czas mówię o tych dofinansowaniach, które były organizowane za pośrednictwem tej gdańskiej organizacji turystycznej. To są informacje poufne, tego pan nie znajdzie na żadnej stronie internetowej, ani jak pójdzie pan do prezesa portu lotniczego, tam pan nie dostanie takich informacji, nie znajdzie pan także informacji, do jakich portów lotniczych docelowo latają pasażerowie z przesiadki - powiedział Marcin P.

Suski pytał też świadka, za co płacił Michałowi Tuskowi. - Michał Tusk stwierdził podczas przesłuchań, że przekazywał tylko informacje ogólnie dostępne na stronach internetowych - przypomniał Suski.

- Michał Tusk nigdy nic mi nie wysyłał oprócz tego artykułu do autoryzacji, nie przypominam sobie, żeby Michał Tusk ze mną kiedykolwiek korespondował - powiedział Marcin P. Jak dodał, Michał Tusk korespondował między innymi z dyrektorem zarządzającym OLT Express Jarosławem Frankowskim. - Z moją żoną miał jedno spotkanie na temat możliwości wydawania - z racji jego doświadczenia dziennikarskiego - magazynu pokładowego - mówił świadek.

- Nie umiem dokładnie powiedzieć, co dokładnie robił pan Michał Tusk, bo on nie był bezpośrednio mi podległy, ja go nie rozliczałem z zadań, które on wykonywał, to jest pytanie do Jarosława Frankowskiego - powiedział Marcin P.

Marcin P. pytany przez posła Marka Suskiego (PiS), czy umowy zawarte z OLT Express z Michałem Tuskiem były wykorzystywane "do załatwiania różnych innych umów", odpowiedział, że nie załatwiał żadnych umów przez Michała Tuska. - Nigdy na Michała Tuska się nie powoływałem - podkreślił.

Zobacz podstęp Marka Suskiego podczas przesłuchania Marcina P.

"Nie miałem zamiaru zwrócić się o status świadka koronnego"

Marek Suski (PiS) pytał Marcina P., czy miał zamiar zwrócić się o status świadka koronnego. - Nie, ale taka propozycja została mi złożona - odpowiedział P.

Suski dopytywał, dlaczego P. nie skorzystał z tej propozycji. - Nie miałem wystarczającej wiedzy, a dokumentacja zabezpieczona w postępowaniu przygotowawczym przez Prokuraturę Okręgową w Łodzi nie była w stanie udokumentować niektórych danych, ze względu na braki w zabezpieczonych dokumentach, które są w dniu dzisiejszym już nie do odzyskania niestety - podkreślił P.

"Planem nie było doprowadzenie do upadku LOT-u"

Marcin P. mówił, że przy tworzeniu linii lotniczych planem było zdobycie rynku i sprzedaż. - A to, że LOT i Eurolot w tym momencie miały ogromne problemy finansowe, to powodowało to, że to się po prostu idealnie wpisywało i pozwalało przejąć z dnia na dzień dodatkowych, nie wiem, trzy miliony klientów bez ponoszenia dużych kosztów marketingowych. I taki był plan - powiedział P. - Ale planem nie było doprowadzenie do upadku LOT-u, tylko do zbudowania rynku w Polsce i sprzedaży go, tym bardziej że my na innych trasach lataliśmy - dodał.

Andżelika Możdżanowska (PSL) pytała P., kto pomagał mu w początkowej działalności w 2009 roku, w tym - w opracowaniu modelu biznesowego Amber Gold. Świadek odmówił odpowiedzi. Pytany, z jakich środków spółka pokrywała koszty stałe, P. odparł, że '"z wypracowywanych dochodów".

Nie odpowiedział zaś na pytanie, z jakich środków pokrywano koszty stałe w pierwszym okresie działalności spółki.

- Amber Gold składowało złoto, srebro i platynę - oświadczył P., pytany przez Możdżanowską, co spółka składowała. Odmówił odpowiedzi na pytanie, ile złota zakupiono. - Są określone faktury zakupu na to złoto - dodał.

Po dłuższym namyśle P. odmówił też odpowiedzi na pytanie Marka Suskiego (PiS), czy obawia się o swe bezpieczeństwo. CZYTAJ WIĘCEJ NA TEN TEMAT.

Suski pytał też świadka, ile pieniędzy ma obecnie na koncie i czy może to być kilkanaście tysięcy złotych. - W roku pewnie tak - odparł P. Dodał, że teraz na koncie ma "może 600 złotych". Twierdził, że pieniądze te dostaje od siostry, a przeznacza je na zakup między innymi książek prawniczych i na opłatę kosztów sądowych.

"Nie miałem żadnych kontaktów z funkcjonariuszami ABW"

Andżelika Możdżanowska (PSL) pytała świadka, czy miał jakieś kontakty z funkcjonariuszami Agencji Wywiadu. Marcin P. odpowiedział przecząco.

P. stwierdził, że ABW prowadziła tajną operację "Ikar" wymierzoną w jego spółkę. Na dowód przedstawiał dziennikarzom rzekomą tajną notatkę ABW. Agencja natychmiast poinformowała, że notatka została sfałszowana i zawiadomiła prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa "posłużenia się sfałszowanym dokumentem".

Pytany, kiedy otrzymał notatkę ABW, która miała dotyczyć operacji "Ikar", Marcin P. odpowiedział, że w lipcu 2012 roku drogą mailową od Pawła Mitera. Dopytywany, czy zapłacił za tę notatkę, świadek powiedział: - Za samą notatkę nie, za jej przywiezienie zasponsorowałem panu Miterowi, ale tu mogę się mylić, koło czterech tysięcy złotych. Związane to było z kosztem noclegu w Warszawie, przejazdu, wynajęcia samochodu. Paweł Miter miał określone wymogi co do modelu samochodu.

- Później (Miter - przyp. red.) chciał 12-16 tysięcy złotych i chciał zostać takim łącznikiem między służbą bezpieczeństwa, którą on sobie wymyślił chyba w swojej własnej głowie, że jest przedstawicielem, a spółką Amber Gold - dodał świadek. Przypomniał, że Paweł Miter ma postawione zarzuty, a on jest oskarżycielem posiłkowym w postępowaniu karnym przeciwko Miterowi.

Marcin P. zeznał później, że oficjalny kontakt z funkcjonariuszem ABW po raz pierwszy był 16 sierpnia 2012 roku. Jak dodał, nie jest w stanie stwierdzić, czy był nieoficjalny kontakt z ABW.

"Prokuratura działała celowo"

- Ja mogę powiedzieć, że moim zdaniem celowo Prokuratura Okręgowa w Gdańsku, następnie w Łodzi, wykrajała część opinii i nie kopiowała danych, tak jak powinny być kopiowane, żeby niektóre fakty w tej sprawie ukryć. Żebym ja był, a przy okazji moja żona, która moim zdaniem nie ma z tym nic wspólnego, jedyną osobą skazaną w tej sprawie. A tak w tej sprawie, niestety, nie jest - oświadczył Marcin P.

Krzysztof Brejza (PO) pytał Marcina P., czy w czasie "poprzedniej przestępczej działalności, za którą otrzymał wyroki", prowadził działalność charytatywną, wspierał finansowo jakiekolwiek stowarzyszenia. Świadek odmówił odpowiedzi na to pytanie.

Poseł PO zapytał również, czy przed założeniem Amber Gold i pojawieniem się w spółce mecenasa Łukasza Daszuty korzystał z pomocy prawnej innych adwokatów. - Wielu adwokatów się przez moje życie przewinęło. Być może tak, nie wiem, nie pamiętam - odparł. - To były sporadyczne kontakty, to nie były prace długofalowe, które by powodowały dłuższą znajomość i relację biznesową.

"Każdy, kto zwiera umowę, powinien mieć świadomość konsekwencji"

Podejrzewam, że też pewnie byłbym rozczarowany, gdybym stracił swoje środki - tak P. odpowiedział na pytanie Stanisława Pięty (PiS), czy klienci Amber Gold mogą się czuć rozczarowani. - Jednakże jest coś takiego jak warunki umowy i, czytając warunki umowy, każdy, kto zawiera umowę, powinien mieć świadomość konsekwencji, jakie ponosi - oświadczył P.

- Nie jestem w stanie zakazać każdemu podejmowania ryzyka - dodał. - Tak, można stracić środki - zaznaczył, mówiąc o zawieraniu umów na "produkty obarczone ryzykiem".

Według P. "zapominamy o tych osobach, które uzyskały nawet więcej niż zakładała umowa w Amber Gold, bo takich osób też jest dość sporo".

Pięta pytał też P., czy był kiedykolwiek "informatorem Centralnego Biura Śledczego". - Nie, nigdy nie byłem informatorem żadnej agencji, czy CBŚ, czy CBA, czy ABW i nigdy nie miałem takiej propozycji - odparł świadek.

"KPRM musiała mieć wiedzę"

Przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann pytała P., czy ma wiedzę o tym, aby w ówczesnej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów była wiedza na temat postępowania w stosunku do niego i aby w takim razie KPRM interesowała się jego osobą.

- Wiedzy jako takiej nie mam, ale patrząc znowu na cały obraz sytuacji i na zdarzenia, które miały miejsce, taka wiedza musiała być. Począwszy od drugiej połowy 2011 roku, kiedy Michał Tusk odmówił pracy w OLT Express ze względu na to, że tata mu zabronił, następnie poprzez informacje, które KPRM dostawała z ABW, które były wysyłane zarówno do prokuratury, i do KPRM - odpowiedział P.

- Więc Kancelaria Prezesa Rady Ministrów musiała mieć wiedzę o tym, co się dzieje ze sprawą Amber Gold. A z racji tego, że tam był pracownikiem pan Michał Tusk, no to Donald Tusk na pewno miał, nie wierzę, ja bym miał tę wiedzę, gdyby pracował mój syn w takiej spółce i by wobec niej toczyło się postępowanie - dodał P.

"Pracownicy Amber Gold to nie było stado pięciuset baranów"

Były szef Amber Gold Marcin P. przekonywał, że nie on jedyny powinien zasiadać na ławie oskarżonych w sprawie działalności swej spółki, ale także byli jej pracownicy. To nie było stado pięciuset baranów, które szło ślepo i wykonywało polecenia - podkreślał P.

- Jeżeli ja miałbym oceniać, to wszyscy pracownicy spółki Amber Gold, którzy się nie zwolnili dobrowolnie, powinni zasiadać także na ławie oskarżonych, bo wiedzieli, jak ta spółka zarabia, jak ta spółka funkcjonuje, jakimi wzorami się posługuje - dodał.

Dopytywany, czy jest w stanie wymienić z imienia i nazwiska te osoby, odpowiedział: - Po pierwsze wszyscy dyrektorzy odpowiedzialni za funkcjonowanie spółki Amber Gold, za departamenty w tej spółce.

- Pani Joanna Traczyk, pani Małgorzata Kim Kaczmarek, produktowe działy, dział marketingu pani Anna Łaszkiewicz, biuro jakości (...) wszyscy dyrektorzy, wysoko postawieni, biuro audytu, które audytowało na bieżąco działalność spółki, weryfikowało, czy pracownicy są zapoznawani z funkcjonującymi w spółce regulacjami i aktami normatywnymi - przecież to było wszystko potwierdzane, weryfikowane i na to są dokumenty, które to potwierdzają - wyliczał.

"Nikomu nie zależało na prowadzeniu tej sprawy"

Przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann pytała Marcina P., czy ma wiedzę na temat tego, że jego zatrzymanie było przez kogoś celowo opóźniane.

- W dniu 16 sierpnia 2012 roku do spółki Amber Gold weszło ABW zabezpieczyć dokumenty, złoto, materiały elektroniczne. Trwało to zabezpieczanie około trzech dni łącznie. W szczególności bardzo długo trwało kopiowanie tych dysków serwera, gdyż nie potrafiono tego zrobić albo inaczej, nie chciano tego zrobić tak, jak powinno się zrobić. Bo ja tak to odbieram, że to było celowe działanie - powiedział Marcin P.

- Pan Dariusz Listowicz wręczył mi zawiadomienie na przesłuchanie na 17 lub 18 sierpnia 2012 roku z informacją taką, że mam się nie obawiać, bo w tym dniu nie będę aresztowany. Informację o aresztowaniu przyniósł mi do domu funkcjonariusz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego pan Mikołajczyk, o ile dobrze pamiętam, z Gdańska, na tydzień przed moim aresztowaniem albo na półtora tygodnia przed moim aresztowaniem z informacją taką, że mam się przygotować, że pójdę siedzieć - mówił świadek.

Wassermann dopytywała, czy ma wiedzę, że ten moment był przez kogoś celowo przyśpieszany lub opóźniany. - Z rozmów, które prowadziłem - jak siedzieliśmy do godziny chyba drugiej w nocy wtedy z funkcjonariuszami ABW - to było takie stwierdzenie, że nic mi teraz jeszcze nie zrobią, bo jeszcze nie mają takich dowodów, by mogli złożyć wniosek o areszt, I że do chwili obecnej je dopiero zbierają - odpowiedział Marcin P.

Jak mówił, takie sformułowanie padło od funkcjonariuszy ABW. - Nie wiem, ilu tych funkcjonariuszy było, ale było ich dość sporo - stwierdził. - Siedzieli u mnie w gabinecie przy stole. I wszyscy siedzieli i żartowali - dodał.

- Ja powiem tak: ja mogę powiedzieć, że ani funkcjonariusze ABW, ani prokuratura, oprócz ostatniej fazy postępowania karnego przed złożeniem aktu oskarżenia nigdy w stosunku do mnie nie zachowywała się w jakiś sposób nieprzyjemny - nie wiem jak to określić - nie naciskała na mnie - powiedział Marcin P.

- Wszystko było tak robione w cudzysłowie: "po ludzku, humanitarnie" i dopiero po przeniesieniu sprawy do Łodzi ta atmosfera zaczęła się zmieniać. W zasadzie nie wiem, jak to określić, bo nie chciałbym wysnuwać zbyt daleko idących wniosków, ale ja odnosiłem wrażenie, że nikomu nie zależy na prowadzeniu tej sprawy - dodał.

Marcin P. był pytany o listę nazwisk polityków, którą rozsyłał Emil Marat, a którzy mieli lokować środki w Amber Gold.

- W chwili obecnej nie jestem w stanie powiedzieć, bo tych nazwisk było około trzydziestu, na pewno było nazwisko Adamowicz, na pewno była pani Kopacz Ewa, na pewno był znany polityk PiS - odpowiedział Marcin P. Jak dodał, w bazie były wszystkie opcje polityczne na szczeblach centralnym i wojewódzkim. - Wszystkie partie polityczne były, po prostu Ewa Kopacz i Paweł Adamowicz, to są takie nazwiska, które medialnie często występują, dlatego je wymieniłem - wyjaśnił.

Jak mówił, to były imiona i nazwiska osób, których wyszukiwał system danych Amber Gold. - Żadna z osób, która była na tej liście, nie potwierdziła dziennikarzom, że jest osobą, która lokowała środki (w Amber Gold). Nie umiem powiedzieć, czy to była zbieżność nazwisk, czy nie. Według mojej wiedzy na dzień dzisiejsz, mogła to być zbieżność nazwisk. Nazwisko Ewa Kopacz czy Paweł Adamowicz występuje wielokrotnie - powiedział świadek.

- Wszyscy się wyparli i powiedzieli, że nie lokowali środków w Amber Gold - podkreślił Marcin P.

Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz napisał w środę po południu na Twitterze: "Kłamstw Marcina P. ciąg dalszy. Nigdy nie lokowałem środków w Amber Gold. Co jeszcze usłyszymy od człowieka, który oszukał tysiące osób".

Marcin P. "objęty szczególnym nadzorem"

Marcin P. został pytany przez posła Kukiz'15 Tomasza Rzymkowskiego, dlaczego w dniu 30 sierpnia 2012 roku po znalezieniu się w areszcie śledczym w Gdańsku złożył wniosek do dyrektora aresztu o objęcie go ochroną.

- W uzasadnieniu wniosku czytamy: "wniosek uzasadniam koniecznością odizolowania od pozostałych osadzonych, w związku z możliwością zagrożenia mojego życia w związku z informacjami, jakie mam" - mówił Rzymkowski. Poseł Kukiz'15 zapytał Marcina P., kogo się obawiał.

- Taka informacja wpłynęła do akt aresztu śledczego, że mam być objęty szczególnym nadzorem i opieką psychologiczną, o ile dobrze pamiętam, Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe, przesłała ją także prokuratura w Gdańsku, która prowadziła postępowanie i w czasie rozmowy z dyrektorem aresztu śledczego w Gdańsku zostało mi zakomunikowane, powiedziane, że takie dokumenty wpłynęły i w związku z tym, czy chcę wystąpić z takim wnioskiem i ja zdecydowałem się wystąpić z takim wnioskiem - mówił.

Pytany, "kogo się obawiał", Marcin P. odmówił odpowiedzi. Podobnie uczynił z pytaniami Rzymkowskiego, kto mógł zagrażać jego życiu, jakie wiadomości posiada, które mogą skutkować narażeniem życia i czy ma to związek z oszustwem w działalności piramidy finansowej Amber Gold, czy są to informacje dotyczące nieujawnionych do tej pory osób zaangażowanych w działalność Amber Gold oraz czy zagrożenie jego życia jest nadal realne.

"Samoagresja" w zakładzie karnym

Zembaczyński indagował P. o trzy przypadki jego odnotowanej "samoagresji" w zakładzie karnym - w kwietniu 2013 roku, sierpniu 2013 roku i w styczniu 2017 (kiedy - według posła odnotowano "cięcie o podłożu emocjonalnym"). - Czy chciał pan popełnić samobójstwo? - spytał.

- Każde moje zadrapanie jest traktowane jako samookaleczenie, próba samobójcza - oświadczył P. - Jeśli chodzi o kwestie z 2013 roku, to odmawiam odpowiedzi, bo jest to związane z moją prywatną sytuacją rodzinną, nie uważam, że jest konieczne omawiać to przy mediach - dodał.

"Największe korzyści z zatrudnienia Michała Tuska"

Poseł PiS Jarosław Krajewski zapytał m.in. świadka, jakie korzyści wynikały dla należących do Amber Gold linii lotniczych OLT Express z faktu zatrudnienia w 2012 roku Michała Tuska, syna ówczesnego premiera.

- Dla mnie największymi korzyściami przemawiającymi za tym był dostęp do informacji, które nie były jawne, a które mają znaczenie dla funkcjonowania podmiotów zajmujących się lotniczym przewozem osób - odpowiedział były szef Amber Gold. Dodał, że OLT nie zdecydowała się na zatrudnienie innych ówczesnych pracowników gdańskiego portu lotniczego. - Innych takich przypadków nie było, jedynym takim przypadkiem był pan Michał Tusk - zaznaczył świadek.

Następnie Krajewski nawiązał do maila Michała Tuska z 17 lipca 2012 roku do dyrektora zarządzającego OLT Express Jarosława Frankowskiego o treści: "Rozumiem, że nie planujecie kąsania LOT-u bezpieczeństwem, myślisz, że mogę w takim razie te swoje zestawienie incydentów i zdarzeń z Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, podesłać znajomym dziennikarzom, może teraz dla odmiany przywalą LOT-owi".

P. zaprzeczył, jakoby w tamtym czasie znał treść tego maila. Potwierdził jednak, że znana była sama ta sytuacja - powiedział mu o niej Frankowski. - A według pana to była inicjatywa własna pana Michała Tuska, czy jednak pan razem z panem Jarosławem Frankowskim zastanawialiście się, w jaki sposób spowodować, żeby wobec swojego konkurencyjnego podmiotu, Polskich Linii Lotniczych LOT zastosować np. taką taktykę "przywalenia" konkretnymi danymi? - dociekał Krajewski.

Świadek zapewnił, że "na pewno" nie było to z nim konsultowane. - To była propozycja, która do mnie dotarła od Jarosława Frankowskiego. Nie wiem, czy ta propozycja w ogóle w jakikolwiek sposób wyszła poza organizację Amber Gold czy OLT. Ona się na pewno pojawiła i na pewno była dyskusja, nie pamiętam, jak się ta sytuacja skończyła, ale nie kojarzę, żeby to było gdziekolwiek upublicznione - zaznaczył Marcin P.

"Michał Tusk rozmawiał ze mną na temat wyroków karnych"

Marcin P. powiedział też, że Michał Tusk "na pewno" rozmawiał z nim na temat jego wyroków karnych. - Jestem na sto procent przekonany, że wiedzę na temat mojej karalności posiadał - dodał. Były prezes Amber Gold pytany przez Krajewskiego zeznał, że nigdy osobiście nie spotkał się z prezydentem Gdańska Pawłem Adamowiczem. Odmówił, w związku z toczącym się postępowaniem w sprawie Amber Gold, odpowiedzi na pytania o motywy wspierania finansowego gdańskiego ogrodu zoologicznego i produkcji filmu "Lech Wałęsa. Człowiek z nadziei". Powiedział jedynie, że inicjatywa dotycząca wsparcia drugiego z tych przedsięwzięć wyszła od Adamowicza, a później kontaktował się w tej sprawie z producentką filmu, Katarzyną Fukacz-Cebulą z firmy Akson Studio.

Pytania o zarobki

Andżelika Możdżanowska (PSL) pytała świadka, ile zarobił w trakcie swojej działalności w Amber Gold i OLT Express. - W OLT Express zero złotych, w Amber Gold nie pamiętam, w granicach dwudziestu milionów złotych - powiedział Marcin P. Nie umiał odpowiedzieć na pytanie, ile zarobiła jego żona.

Posłanka PSL kolejny raz spytała świadka, ile zarobił w Amber Gold. - Powiedziałem, około dwadzieścia milionów złotych w ciągu całej działalności, nie wiem, czy pani jest głucha? - zareagował Marcin P.

- Jest pan bezczelny, wyprowadzam pana z równowagi dlatego, że zadaję szczegółowe pytanie i pan jest tym poirytowany - replikowała Możdżanowska.

Marcin P. poinformował też, że od roku 2008 posiada rozdzielność majątkową z żoną.

Przesłuchanie Marcina P. przed komisją śledczą. Część 5
Przesłuchanie Marcina P. przed komisją śledczą. Część 5tvn24
wideo 2/5

Autor: js,kb/sk//now / Źródło: PAP

Pozostałe wiadomości