Były Niemcy i Anglia, w tym szatnia jednego z największych klubów świata, dziś jest sportowa emerytura, ale nie bezczynna.
Tomasz Kuszczak sześć lat temu pożegnał się z piłką i wziął się za biznes. Jest właścicielem ośrodka wypoczynkowego, kilkanaście kilometrów od Gdyni. Ze swą partnerką Evelin prowadzą 38 apartamentów. Poznali się w Berlinie, gdy grał w Hercie. Są parą od 22 lat i rodzicami dwóch nastoletnich córek. Mieszkają w Gdańsku, ale w ośrodku są codziennie.
- Jestem też dyrektorem sportowym - dodaje. Jestem zaskoczony, bo nie słyszałem o jego nowym zajęciu. - W Sztormie Kosakowo, to klub A klasy, siódma liga, ale trenują około 350 dzieciaków. Staram się im pomóc, pozyskując sponsorów i pomóc w rozbudowie infrastruktury. Taki wolontariat dla lokalnego społeczeństwa - mówi Kuszczak, pierwszy Polak, który został piłkarskim mistrzem Anglii. Z Manchesterem United zdobył cztery takie mistrzostwa, wygrał też Ligę Mistrzów, był zmiennikiem Edwina van der Sara, wtedy jednego z najlepszych bramkarskich specjalistów. W reprezentacji rozegrał 11 spotkań. W jednym z nich popełnił rzadko spotykany błąd, który wypomina mu się do dziś. O tym też będzie.
Tomasz Wiśniowski: Ludzie rozpoznają jeszcze Tomasza Kuszczaka?
Tomasz Kuszczak: Rozpoznają. Miłe to jest. Nieskromnie mówiąc, przywykłem do pewnych sytuacji w miejscach publicznych. Nigdy nie było to dla mnie uciążliwe. Ludzie podchodzą, chcą zrobić zdjęcie, porozmawiać. To świadczy, że zrobiłem coś pozytywnego. Myślę, że ci, którzy dobrze oceniają moją karierę, są do mnie sympatycznie nastawieni, a ci drudzy po prostu nie podchodzą. Na pewno nie jestem popularny tak jak kiedyś, gdy grałem i byłem osobą publiczną.
Brakuje panu tej popularności?
Nie, bo jestem typem człowieka, który ceni swoją prywatność. Nie dążyłem do tego, żeby być bardziej rozpoznawalny, nie zbierałem lajków i akceptacji. Nigdy nie uważałem siebie za celebrytę, nigdy nie byłem i nim nie będę. Rozpoznają mnie ludzie ze środowiska piłki nożnej, ale mniej ci ze show-biznesu, bo nie występuję w programach rozrywkowych, nie wpycham się na ścianki. Piłkę nożną pokochałem od najmłodszych lat, były rywalizacja i ambicja, chęć wygrania, za tym szły kolejno popularność i pieniądze, ale gdyby nie było popularności, nie czułbym żadnej straty. Uważam, że mamy problem z przyjęciem komplementu i podziękowaniem za niego. Tak powinno się robić również z ludźmi, którzy cię rozpoznają na ulicy. I ja robię. Dziękuję im i szanuję za to.