24-letnia Klaudia i o rok starszy Maciej jechali na hulajnodze razem. Ona stała z przodu, on za nią. Wracali z klubu, oboje byli pod wpływem alkoholu. Na progu zwalniającym, na skrzyżowaniu w samym centrum stolicy, stracili równowagę. Ona w ciężkim stanie trafiła do szpitala, gdzie wkrótce zmarła. Jemu nic się nie stało.
We wtorek rano rozpocznie się jego proces.
Pieszy
Zarzut, który przedstawiła mu prokuratura, brzmi tak: "na skrzyżowaniu ulic Mokotowskiej i Chopina - kierując w stanie nietrzeźwości, co najmniej 0,55 mg/l [około 1,1 promila - red.] alkoholu w wydychanym powietrzu, pojazdem silnikowym, hulajnogą elektryczną - nie zachował należytej ostrożności pozwalającej uniknąć zagrożenia bezpieczeństwa, wbrew konstrukcyjnemu przeznaczeniu pojazdu przewoził hulajnogą pasażera, nie dostosował prędkości do panujących warunków, powodując przewrócenie hulajnogi, w wyniku czego pasażerka doznała urazu głowy skutkującego jej śmiercią".
Treść zarzutu czytam Wojciechowi Pasiecznemu. To emerytowany policjant, były wiceszef stołecznej drogówki, a dziś biegły sądowy do spraw rekonstrukcji wypadków.
- Dla mnie sprawa nie jest oczywista - zwraca uwagę. - W chwili gdy doszło do wypadku, status hulajnogi elektrycznej nie był uregulowany prawnie.
Osoba poruszająca się na hulajnodze, zgodnie z obowiązującym jeszcze do połowy maja 2021 roku (do wypadku, w którym zginęła Klaudia, doszło niemal rok wcześniej) prawem, traktowana była jak pieszy. Zdarzyło się nawet, że policja ukarała mandatem turystkę, którą potrącił jadący chodnikiem na hulajnodze nastolatek. Trzeba było sprawy sądowej i zaangażowania aktywistów zajmujących się bezpieczeństwem na drogach, by ten mandat uchylić.