Sprawa wyszła na jaw po interwencji straży miejskiej. Do strażników zaczęli się zgłaszać rodzice dzieci niespodziewanie wyrzuconych z pracy.
Dzieci miały zarabiać po 50 złotych dziennie. Dla większości nastolatków była to pierwsza praca w życiu. Chcieli zarobić na wakacyjne wyjazdy.
Pracodawca umowy z rozdającymi ulotki zrywał na dzień przed wypłatą. Mówił, że nie zapłaci, bo ktoś z ulotkowiczów na chwilę usiadł, albo stał nie w tym co trzeba miejscu.
- Doszło do złamania art. 200 paragrafu 8. Kodeksu Pracy mówi Norbert Grabowski, naczelnik wydziału specjalistycznego stołecznej straży miejskiej. - Młodociani pracownicy pracowali zbyt długo, nie proszono ich o pisemną zgodę rodziców i zaświadczenia lekarskie świadczące o braku przeciwwskazań do pracy.
Klauzulę niewypłacania pensji w razie "uchybień w pracy" miały zawierać podpisywane z młodocianymi pracownikami umowy. Miały... bo nikt poza wypoczywającym na wakacjach szefem nie ma do nich dostępu. - Ja prosiłam o kopię umowy, ale pani powiedziała mi, że szef kazał nie dawać tej umowy nikomu - opowiada wyrzucona z pracy 16-latka. Kłopoty z zobaczeniem dokumentów miała nawet policja.
Bez umowy w ręku oszukani pracownicy nie mieli podstaw do jakichkolwiek roszczeń. Ich rodzice od kilku dni bezskutecznie próbowali skontaktować się z pracownikami gabinetu i zobaczyć zdeponowane w siedzibie firmie umowy.
Jedna z pracowniczek salonu była przez kilka godzin przesłuchiwana przez policję. Po wyjściu z komisariatu przy ulicy Dzielnej odmawiała jakichkolwiek komentarzy w tej sprawie, tłumacząc, że to pomyłka. Z szefem firmy nie udało się nam skontaktować, bo - jak powiedzieli jego pracownicy - był na wakacjach.
Źródło: tvn24