TVN24 | Świat

Putin o Nawalnym: Wygląda to tak, jakby sam chciał być zatrzymany. Zrobił to, co chciał. O czym tu mówić?

TVN24 | Świat

Autor:
ads/kab
Źródło:
Reuters, tvn24.pl, PAP

Zignorował prawne wezwanie, ogłoszono, że jest poszukiwany. On, wiedząc o tym, przyjechał do Rosji. Wygląda to tak, jakby świadomie chciał być zatrzymany - powiedział prezydent Rosji Władimir Putin o opozycjoniście Aleksieju Nawalnym.

Prezydent Rosji Władimir Putin spotkał się w środę w Genewie z prezydentem USA Joe Bidenem. Po spotkaniu Putin przemawiał na konferencji prasowej. Dziennikarze pytali go między innymi o Aleksieja Nawalnego. Putin odparł, że opozycjonista świadomie łamał prawo.

- Człowiek ten wiedział, że łamie obowiązujące w Rosji prawo. Jako osoba dwukrotnie skazana musiał się meldować. Celowo i świadomie ignorując to prawo, wyjechał za granicę, żeby się leczyć – mówił prezydent Rosji.

Dodał, że jak tylko Nawalny wyszedł ze szpitala, "został wezwany" do Rosji. - Nie stawił się, zignorował prawne wezwanie, ogłoszono, że jest poszukiwany. On, wiedząc o tym, przyjechał (do Rosji – red.). Wygląda to tak, jakby świadomie chciał być zatrzymany. Zrobił to, co chciał. O czym tu mówić? – powiedział Putin.

Biden: konsekwencje śmierci Nawalnego byłyby katastrofalne

O sprawie Aleksieja Nawalnego mówił na swojej konferencji prasowej także prezydent USA Joe Biden. Powiedział, że konsekwencje śmierci uwięzionego rosyjskiego dysydenta Aleksieja Nawalnego byłyby "katastrofalne".

Biden mówił dziennikarzom, że w czasie szczytu z Putinem poruszył kwestię Nawalnego i dodał, że USA będą ją dalej podnosić.

Nawalny w kolonii karnej

Aleksiej Nawalny trafił do niemieckiego szpitala po próbie otrucia. Wrócił do Rosji w styczniu, został aresztowany na lotnisku w Moskwie i osadzony w kolonii karnej. Prowadził głodówkę, po której trafił do szpitala. 7 czerwca został ponownie przewieziony ze szpitala na terenie zakładu karnego we Włodzimierzu do kolonii karnej w Pokrowie.

Autor:ads/kab

Źródło: Reuters, tvn24.pl, PAP

Źródło zdjęcia głównego: YURI KOCHETKOV/EPA/PAP