Tysiące ludzi na ulicach. Manifestacje w obronie lidera opozycji


Tysiące przeciwników prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro wyszły w sobotę na ulice Caracas i innych miast, by protestować przeciwko pozbawieniu prawa do startu w wyborach Henrique Caprilesa, gubernatora stanu Miranda w środkowej części kraju i lidera opozycji.

44-letni Capriles, dwukrotny kandydat opozycji w wyborach prezydenckich, poinformował w piątek, że został pozbawiony na 15 lat biernego prawa wyborczego pod pretekstem udziału w aferach korupcyjnych związanych z brazylijskim koncernem budowlanym Odebrecht. Jednocześnie oskarżono go o prowokowanie zamieszek w związku z masowymi protestami przeciwko podjętej w ubiegłym tygodniu próbie odebrania uprawnień legislacyjnych parlamentowi zdominowanemu przez opozycję.

"Rząd się boi"

Capriles ma 15 dni na odwołanie się od decyzji do urzędu, który ją wydał, albo pół roku na złożenie apelacji do Sądu Najwyższego. Ale obie te instytucje są kontrolowane przez ludzi prezydenta Maduro - twierdzi opozycja. Agencje piszą, że w sobotnich demonstracjach wzięły udział tysiące osób. Niektórzy nieśli transparenty z napisami: "Capriles na prezydenta!". "Nie - dyktaturze!". Z powodu protestów władze zamknęły kilkanaście stacji metra w Caracas, a na autostradach prowadzących do miasta ustawiono punkty kontrolne. - Rząd się boi. Gdyby się nie bał, to nie zamykałby tych ulic i nie dyskwalifikowałby Caprilesa - powiedziała Reutersowi 27-letnia prawniczka Gikeissy Diaz, która dodała, że połowa jej rocznika wyjechała z kraju w poszukiwaniu lepszego życia i ona sama też się nad tym zastanawia. - Od dwóch lat nie wychodziłem na ulice, żeby protestować - powiedział 43-letni inżynier Richard Morton. - Dzisiaj wyszedłem, bo widzę solidarność ludzi i poparcie ze strony posłów. Poza tym sytuacja gospodarcza jest nie do wytrzymania, nie da się już żyć - dodał.

Wiceprezydent odpowiada

Wiceprezydent Tarek El Aissami określił sobotnie demonstracje jako "nielegalne i niekonstytucyjne", gdyż opozycja nie dostała zezwolenia na ich organizację. - Szukają prowokacji, to doprowadzi do przemocy - powiedział El Aissami w piątek. Kryzys polityczny zaognił się w ub. tygodniu, gdy usłużny wobec prezydenta Nicolasa Maduro wenezuelski Sąd Najwyższy przejął uprawnienia Zgromadzenia Narodowego, jednak pod międzynarodowym naciskiem, a jednocześnie wskutek interwencji niektórych polityków związanych z prezydentem wycofał się częściowo ze swych decyzji. Grupa obrońców praw człowieka Penal Forum podała, że w ciągu ostatnich kilku dni zatrzymano blisko 100 uczestników antyrządowych protestów.

Najgroźniejszy konkurent

Korespondenci zagraniczni piszą z Wenezueli, że rząd nie mogąc w nieskończoność odsuwać za pomocą rozmaitych sztuczek prawnych terminu wyborów gubernatorów prowincji (powinny się były odbyć już w grudniu 2016) i mając w perspektywie wybory prezydenckie w grudniu 2018 roku, postanowił wyeliminować z gry najgroźniejszego konkurenta Nicolasa Maduro, którym jest Henrique Capriles. Krytycy rządu twierdzą, że odebranie Caprilesowi praw wyborczych było działaniem arbitralnym i nieuzasadnionym i ma służyć przedłużeniu blisko dwóch dekad rządów najpierw Hugo Chaveza (1999-2013), a potem Nicolasa Maduro. Maduro zapewnił w tych dniach, że wybory prezydenckie odbędą się w terminie. Jak napisał w piątek madrycki dziennik "El Pais" w wydaniu dla Ameryki Łacińskiej, prezydent Maduro liczy teraz, że wzrost cen ropy naftowej, której Wenezuela jest czołowym światowym producentem, będzie działał przed wyborami na korzyść jego kandydatury. Kraj z szalejącą hiperinflacją od czterech lat znajduje się w recesji.

Autor: mb/tr / Źródło: PAP