Świat

Putin przegrał "Operację Berlin". Została mu już tylko jedna opcja

Świat


Rosja liczyła, że znów wykorzysta specjalne relacje z Niemcami i wymusi na Ukrainie oraz Zachodzie ustępstwa. Lecz na szczycie w Brisbane Merkel powiedziała Putinowi „stop”. Misja Steinmeiera ma w tej sytuacji charakter jedynie symboliczny – pokazuje, że Berlin do końca ratował pokój. Bo wojna nadchodzi wielkimi krokami. Analiza tvn24.pl.

Frank-Walter Steinmeier przyleciał do Kijowa, żeby przekazać Ukraińcom, co Putin powiedział Merkel w Brisbane. A co powiedział, można się tylko domyślać po wpisie Petra Poroszenki na Twitterze, że Ukraina jest gotowa na wojnę totalną. Z kolei w Moskwie Steinmeier miał jedynie do przekazania stanowisko Ukrainy, które w świetle deklaracji Poroszenki jest oczywiste.

Czas dyplomatów się kończy, na scenę lada moment wejdą generałowie. Co jest jednak dużą porażką Putina.

Strategia kija i marchewki

Od kilku tygodni Rosja prowadzi ofensywę na dwóch frontach. Z jednej strony, koncentruje siły w Donbasie i przy granicy ukraińskiej, prowokuje NATO w powietrzu i demonstracyjnie wyrzuca zachodnich dyplomatów. To ma zastraszyć Zachód. Z drugiej strony, Kreml ruszył z bezprecedensową polityczną ofensywą w Niemczech. Sygnał dał Michaił Gorbaczow, korzystając z rocznicy upadku muru berlińskiego, bardzo uaktywnili się niemieccy zwolennicy współpracy z Rosją, przeciwnicy sankcji.

Po kilkunastu dniach „zmiękczania” Zachodu Putin poleciał do Brisbane. I okazało się, że jego strategia zawodzi. Żadnych ustępstw wobec Rosji, lodowate potraktowanie gościa z Moskwy, a co najważniejsze, rozmowa w cztery oczy z Merkel. Rozmowa zakończona fiaskiem. Putin nie tylko niczego nie zyskał, ale swoją nieustępliwą postawą najwyraźniej spalił ostatnie mosty łączące go z kanclerz Niemiec. Jak skomentowała niemiecka minister obrony Ursula von der Leyen, prezydent Rosji miał szansę pokazania, iż dąży do porozumienia, jednak „nie skorzystał z niej”.

Rozczarowanie Merkel Putinem musiało mieć też wpływ na poniedziałkową zapowiedź UE, że rozszerzy sankcje wizowe i finansowe na kolejnych prorosyjskich separatystów na Ukrainie. Ale najbardziej znaczące było wystąpienie samej Merkel. Po tym, co powiedziała w Brisbane, Putin nie może mieć już złudzeń. Próba podzielenia Zachodu poprzez pozyskanie Berlina zakończyła się klęską.

Merkel traci cierpliwość

W Brisbane, podobnie jak wcześniej w Mediolanie, w rozmowie w cztery oczy Merkel usiłowała przekonać Putina już nawet nie do ustępstw, np. ws. Krymu, ale choćby do przestrzegania rozejmu mińskiego. Bez skutku. Putin opuścił Australię przed wydaniem komunikatu końcowego, a kanclerz Niemiec skrytykowała Rosję w stopniu dotychczas niespotykanym.

- Rosja traktuje Ukrainę jak swoją strefę wpływu i depcze prawo międzynarodowe – powiedziała Merkel. Ale dużo większe znaczenie ma to, że nie ograniczyła się tylko do kwestii Ukrainy. W rzeczywistości ostrzegła świat przed całą polityką zagraniczną Rosji, podkreślając, że Putinowi chodzi nie tylko Ukrainę, ale hegemonię w całej Europie Środkowo-Wschodniej i na Bałkanach. Mówiła o Mołdawii, Serbii, Gruzji i innych krajach – celach agresji rosyjskiej. Polityka Putina oznacza „zakwestionowanie całego europejskiego porządku pokojowego”, który powstał po obu wojnach światowych oraz po zakończeniu zimnej wojny – podkreśliła Merkel, dodając, że Putin stawia na pierwszym miejscu prawo silniejszego i ignoruje siłę prawa.

To wystąpienie w Sydney przejdzie z pewnością do historii stosunków niemiecko-rosyjskich. Merkel oznajmiła w ten sposób Putinowi, że nie może już liczyć na działania Berlina łagodzące stanowisko Zachodu wobec Rosji. A tak było dotychczas. Jednak teraz kanclerz najwyraźniej ostatecznie doszła do wniosku, że to nic nie daje, bo nie zatrzyma ekspansji rosyjskiej, a przeciwnie, tylko zachęci Putina do dalszej agresji.

Nie można też zapominać o czysto psychologicznym czynniku. Byłemu kagiebiście łatwiej oszukiwać niedoceniających siły rosyjskiej manipulacji polityków wywodzących się z Zachodu. Merkel wie z NRD, co to komunizm i Rosjanie. Z Putinem nigdy nie znalazła takiej chemii, jak choćby Schroeder. Nigdy też zapewne nie zapomniała mu brutalnego chwytu, jakim było wpuszczenie do salonu, podczas ich rozmowy w czasie pierwszego spotkania, psa. Putin doskonale wiedział, że Merkel wręcz panicznie boi się psów. No a teraz doszły względy czysto polityczne. Niemcy szczególnie boleśnie odczuwają łamanie przez Moskwę wszelkich ustaleń – wszak to Berlin najbardziej zaryzykował polityczną reputacją, aktywnie działając jako mediator w konflikcie rosyjsko-ukraińskim.

„Operacja Berlin”

Jedna rozmowa w Brisbane i jedno wystąpienie Merkel pogrążyły wszystkie wcześniejsze wysiłki Rosji, aby pozyskać Niemcy.

Zaczęło się jeszcze podczas obchodów rocznicy upadku muru berlińskiego. Do zniesienia sankcji i współpracy z Rosją wzywał Niemców nie tylko lubiany tam Michaił Gorbaczow. To samo mówili byli szefowie MSZ Hans-Dietrich Genscher i Klaus Kinkel oraz były kanclerz Helmut Kohl. Bardzo uaktywnili się prorosyjscy dziennikarze.

Następnie prorosyjskie lobby „uruchomiło” socjaldemokratów – koalicjantów Merkel.

Wicekanclerz Sigmar Gabriel skrytykował w niedzielę „wymachiwanie szabelką” przez NATO na wschodnich rubieżach Sojuszu i wypowiedział się przeciwko zaostrzeniu sankcji wobec Rosji, które – jego zdaniem, jedynie „usztywniłyby” stanowisko Rosji. Ton straszenia radykalizacją nastrojów w Moskwie słychać też w wypowiedziach Matthiasa Platzecka (SPD). Przewodniczący Forum Niemiecko-Rosyjskiego we wtorek opowiedział się za legalizacją rosyjskiej aneksji Krymu i podkreślił, że tereny obecnie kontrolowane teraz przez separatystów, też już nie wrócą do Ukrainy. „Mądrzejszy powinien ustąpić” - uważa Platzeck, strasząc perspektywą upadku Putina. „Co by się stało, gdyby Putin odszedł? Z pewnością nie byłby to proeuropejski następca, lecz jeszcze bardziej nacjonalistyczny prezydent: - uważa polityk SPD. Dlatego, „musimy znaleźć rozwiązanie, które pozwoli Putinowi zachować twarz”. Wreszcie uderzył sam Putin. W wywiadzie dla ARD zwrócił się ponad głową Merkel do Niemców. - Pomyślmy o tym, jak dobre były stosunki niemiecko-rosyjskie w ostatnich 10 czy 15 latach. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej były one tak dobre jak wtedy. Nie, nie były - ocenił Putin, podkreślając, że dobry klimat między Berlinem a Moskwą może być podstawą dla rozwoju nie tylko bilateralnych relacji niemiecko-rosyjskich, lecz także stosunków z całą Europą, czy wręcz punktem wyjścia dla „harmonizacji stosunków w skali globalnej”. - Szkoda byłoby stracić to wszystko - zauważył rosyjski polityk.

Misja Steinmeiera

Trudno ocenić, czy ta rosyjska ofensywa w Niemczech miała jakiś wpływ na podjętą przez socjaldemokratę Steinmeiera misję ostatniej szansy. Szef niemieckiej dyplomacji z pewnością nie podziela tak krytycznej oceny Rosji, jaką ma teraz Merkel. Co już w przeszłości nie raz pokazywał. Po co pojechał do Kijowa i Moskwy? Być może Merkel dała mu wolną rękę, żeby ratował rozejm, podczas gdy ona sama straciła złudzenia.Steinmeier zapewne Ukraińcom przekazał wniosku ze spotkania Merkel z Putinem. Wnioski pesymistyczne dla Kijowa, jeśli chodzi o możliwość jakiejś zmiany w stanowisku Rosji. Być może w związku z nieustępliwością Putina Niemiec chciał jeszcze przekonać Kijów do jakichś ustępstw, które odsunęłyby groźbę wojny. Oficjalne opowiedział się za realizacją ustaleń z Mińska. Problem w tym, że to strona rosyjska, a nie ukraińska, konsekwentnie je łamie. - Główne punkty tych porozumień, czyli odnowienie kontroli Ukrainy nad granicą z Rosją, wstrzymanie dostaw broni i wycofanie rosyjskich wojsk z ukraińskiego terytorium, nie są wypełniane – podkreślał premier Arsenij Jaceniuk. Tym bardziej nie wydaje się, aby Kijów chciał pójść na jakieś ustępstwa.

Steinmeier zapowiedział, że dzięki wizycie w Moskwie przekona się, czy Rosja jest gotowa przestrzegać rozejmu. Sądząc z wypowiedzi po rozmowie z Ławrowem, przekonał się, że nie jest gotowa. Ale chodziło zapewne o co innego. Bo porozumienia mińskiego Moskwa nie przestrzega i przestrzegać nie będzie – co powiedział zresztą faktycznie Putin niemieckiej kanclerz kilka dni wcześniej na Antypodach. Steinmeier w Moskwie przekazał stanowisko ukraińskie i potwierdził twarde stanowisko Merkel.

Sam Putin też nie ma już złudzeń, co do tego, że Berlin mu w jakiś sposób znów pomoże. Nagłośnienie sprawy wydalenia współpracowniczki ambasady Niemiec w Moskwie przez MSZ Rosji o tym wyraźnie świadczy.

Kijów gotowy na wojnę

Ukraina to kolejny kraj w tej układance, który stracił złudzenia. Złudzenia, że uniknie wojny. Co do agresywnych planów Kremla ukraińskie władze upewniły się, słysząc to, co do przekazania miał Steinmeier. Szef niemieckiej dyplomacji jeszcze nie opuścił Kijowa, a Petro Poroszenko już napisał na Twitterze: „Jesteśmy przygotowani na scenariusz wojny totalnej”.

Także we wtorek sekretarz generalny NATO poinformował, że w Donbasie i na terenie Rosji przy granicy z Ukrainą zaobserowano nagromadzenie rosyjskich wojsk. Wcześniej szef MSW Ukrainy podał dokładną liczbę rosyjskich żołnierzy w Donbasie – 7 tys. To tylko potwierdzenie doniesień z tego regionu o postępującej koncentracji sił.

Poroszenko jeszcze w sobotę podpisał dekrety świadczące o „technicznym” przygotowaniu się do wojny. Anulował ustawę o wyjątkowym statusie regionów na wschodzie kraju, ale – co nawet ważniejsze – podisał też drugi dekret wprowadzający w życie postanowienie Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony dotyczące przerwania działalności urzędów i przedsiębiorstw w rejonie „operacji antyterrorystycznej” (ATO). Oznacza to ewakuację personelu urzędów i przedsiębiorstw oraz wywiezienie a ich dokumentacji i majątku. Kijów wprowadza też m.in. blokadę obsługi kont bankowych wszystkich firm i mieszkańców w strefie ATO. Inne punkty postanowienia sugerują odcięcie dostaw energii do terenów kontrolowanych przez rebeliantów.

Rosja nie ustępuje

Podczas gdy Steinmeier gościł w Kijowie, Siergiej Ławrow pojechał do Mińska. Prawdopodobnie też po to, by ostrzec, że wojna tuż tuż. Na wspólnym posiedzeniu kolegium ministerstw spraw zagranicznych Białorusi i Rosji podkreślił, że „Rosja nie zamierza błagać Zachodu o zniesienie sankcji”.

Wypowiedź Alaksandra Łukaszenki po spotkaniu z Ławrowem potwierdza, że jesteśmy coraz bliżej wybuchu wojny. Choć czasem prezydent Białorusi próbował grać rolę mediatora i dystansował się od agresywnej polityki Rosji, tym razem mocno stanął po stronie sojusznika.

- W ostatnim czasie sytuacja wokół naszych granic Państwa Związkowego niepokoi. Nie możemy zgodzić się na aktywność podejmowaną obecnie przez państwa zachodnie na zachodnich granicach naszego Państwa Związkowego. Nie możemy się zgodzić na tendencję do pogarszania się sytuacji na Ukrainie – oznajmił Łukaszenka. Znamienne są kolejne słowa: - Nasze problemy – to również wasze problemy, a wasze – także nasze: ta presja na Białoruś, która bynajmniej nie jest obojętna Federacji Rosyjskiej, i ta presja na Federację Rosyjską, gdzie i tak wystarczy problemów.

Wojna nieunikniona?

Putin od dawna chce rzucić Ukrainę na kolana. To oczywiste. Ale nie drogą otwartej wojny. Wznowienie działań wojennych i to zapewne na dużą większą skalę, niż to było przed rozejmem mińskim 5 września, to dla Kremla ostateczność. Moskwa poszła na rozejm, bo liczyła, że po „zamrożeniu” konfliktu, swoje cele na Ukrainie osiągnie innymi środkami. Liczyła, że Zachód zacznie znosić sankcje, a wewnętrzne problemy pogrążą Kijów.

Nic z tego, Zachód nie myśli wycofywać się z sankcji, a wynik wyborów parlamentarnych na Ukrainie to klęska polityki rosyjskiej. Dlatego Putin znów zaczął przygotowywać się do wojny. Przede wszystkim te przygotowania miały zastraszyć Kijów i Zachód, zmusić ich do ustępstw.

Rosja pogrąża się w coraz głębszym kryzysie ekonomicznym. Sankcje jednak szkodzą – co wreszcie przyznał w ubiegłym tygodniu sam Putin. Rubel leci na łeb na szyję. Coraz niższe ceny ropy zmniejszają wpływy do budżetu Rosji, a rezerwy topnieją w zastraszającym tempie (choćby na skutek prób podtrzymywania kursu rubla). Do tego pogarsza się sytuacja ekonomiczna na odciętym de facto od Rosji Krymie. A i kontrolowana przez rebeliantów, spustoszona część Donbasu stoi w obliczu zimy.

W dłuższej perspektywie Rosja chce, aby Zachód zaczął wycofywać się z sankcji. Liczy na przywrócenie współpracy ekonomicznej. W krótszej, celem Moskwy jest wzmocnienie rebeliantów i zabezpieczenie dostaw dla Krymu. Ale Kijów nie chce tu iść na żadne ustępstwa – bo to utrwalałoby tylko secesję tych terenów.

Rosja musi więc przebić się lądem na Krym, a zarazem poprawić socjalno-ekonomiczną sytuację „Noworosji”,, czyli m.in. zająć donieckie lotnisko, port w Mariupolu czy elektrociepłownię na północ od Ługańska. I wygląda na to, że będzie musiała to zrobić siłą.

No i rzecz nie mniej ważna: kolejna zwycięska ofensywa – oczywiście pod flagą „Noworosji” - wzmocni osłabiony sankcjami reżim Putina. Tyle że to byłby sukces taktyczny, tak jak wcześniej rozpętanie rebelii w Donbasie. Strategicznie to jeszcze bardziej pogorszy relacje Rosji z Zachodem. Tyle, że Putin już chyba o to nie dba. Dla niego liczy się utrzymanie władzy – a ta będzie zagrożona, jeśli pójdzie na ustępstwa ws. Ukrainy. Przy dzisiejszych nastrojach Rosjan – będących głównie zasługą samego Putina – każde ustępstwo będzie odebrane jako klęska.

Autor: Grzegorz Kuczyński / Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: mil.ru

Tagi:
Raporty: