Marcin Romanowski chce listu żelaznego. "Polska musi sobie odpowiedzieć na pytanie"
Do Sądu Okręgowego w Warszawie wpłynął wniosek byłego wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego o wydanie listu żelaznego. Z pisma oraz z koperty wynika, że przesyłka została nadana w Tyraspolu na terenie prorosyjskiego regionu Mołdawii - Naddniestrza.
- To jest pomieszanie z jednej strony desperacji, z drugiej strony pewnego sprytu - ocenił w "Jeden na jeden" w TVN24 przewodniczący Naczelnej Rady Adwokackiej Przemysław Rosati. Jak mówił, wniosek o list żelazny oznacza "zaproponowanie polskim władzom pewnych warunków, na podstawie których osoba poszukiwana stawi się przed polskim wymiarem sprawiedliwości".
- Polska musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy Romanowski powinien być beneficjentem tego korzystnego rozwiązania, jakim jest list żelazny - mówił. Zwrócił uwagę, że wydanie listu żelaznego oznacza "po pierwsze uchylenie tymczasowego aresztowania", a po drugie "gwarancję, że nie zostanie zatrzymany i tymczasowo aresztowany".
Według Rosatiego, w tej sytuacji "musimy zacząć od tego, czy można mieć zaufanie do osoby, która instrumentalnie wykorzystała immunitet". Przypomniał, że "posiadanie immunitetu de facto umożliwiło opuszczenie panu Romanowskiemu terytorium Polski", a następnie "korzystanie z rozwiązań niedostępnych dla zwykłego obywatela".
Rosati o wyborze, przed jakim stoi Polska
Co, jeśli Polska nie zgodzi się na warunki stawiane przez Romanowskiego? - Alternatywa jest taka, że jeżeli pan Romanowski przebywa w tej separatystycznej części państwa mołdawskiego, to szansa na sprowadzenie go dzisiaj jest zerowa - przyznał Rosati.
Jak mówił, "realnie nie ma żadnej jurysdykcji państwa mołdawskiego nad tym terytorium". Dodał, że również z samą Mołdawią "nie mamy dwustronnej umowy o ekstradycji". - Jest tylko umowa dwustronna o ściganiu przestępstw, ale to nie jest absolutnie nic, co przypomina ekstradycję - tłumaczył.
Rosati wskazał, że w takich sytuacjach idea listu żelaznego jest pewnego rodzaju kompromisem. - To wyjście z sytuacji, w której nie można pociągnąć danej osoby do realnej odpowiedzialności przed wymiarem sprawiedliwości w Polsce - mówił. - List żelazny jest instrumentem, który w sytuacji bezsilności państwa stanowi jakieś rozwiązanie - powiedział.
Rosati: nie wiemy, czy Romanowski rzeczywiście tam jest
Rosati zaznaczył również, że sam fakt wysłania dokumentu z Tyraspola "nie oznacza, że on faktycznie tam jest". - Nie można wykluczyć, że to jest tylko i wyłącznie deklaracja zawarta na piśmie, aby stworzyć sobie możliwość i spełnić warunki formalne do złożenia wniosku o wydanie listu żelaznego - powiedział.
W jego ocenie weryfikacja, czy były minister sprawiedliwości rzeczywiście przebywa w Naddniestrzu, "to już nawet nie jest kwestia działań dyplomatycznych", co "zadanie dla służb specjalnych". Podkreślił, że adres podany na kopercie "nie zwalnia w żaden sposób polskich służb od poszukiwania Romanowskiego także w innych miejscach". - Sąd okręgowy, jeżeli będzie rozpoznawał ten wniosek, nie może poprzestać tylko na deklaracji. Musi mieć potwierdzone okoliczności, że dana osoba przebywa za granicą - komentował.
Rosati zwrócił przy tym uwagę, że "od kilku miesięcy", odkąd władzę na Węgrzech stracił Viktor Orban, "polskie państwo nie wie, gdzie jest poszukiwany Marcin Romanowski". - Polskie państwo ściga go w ramach toczącego się postępowania karnego, ale nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, gdzie przebywa - mówił.
Druga tożsamość Romanowskiego? "To tylko uzupełnia cały obraz"
Swój list wysłany do warszawskiego sądu Romanowski kończy informacją, że "zgodnie z prawem" posiada drugi paszport, wydany "na inną tożsamość, na podobnej zasadzie, jak świadkowie koronni". - To jest bardzo ciekawy wątek - ocenił Rosati. Jak mówił, "po pierwsze jest pytanie, jaka władza wydała jakąś dodatkową tożsamość". W jego ocenie możliwe jest, jest to "standardem" w Naddniestrzu. - Jeżeli mówimy o enklawie, która jest realnie wyjęta spod jurysdykcji Mołdawii i ta sytuacja jest utrwalona od lat 90., to można sobie wyobrazić wszystko - mówił.
"Drugim pytaniem", ciągnął Rosati, jest to, "w jakim trybie pan minister Romanowski uzyskuje tą dodatkową tożsamość". - Wydaje się, że są tak naprawdę dwie procedury - mówił. - Czy jest współpracownikiem określonych służb, bo na przykład w Polsce można w taki sposób wykreować dodatkową tożsamość, czy też korzysta z rozwiązań na kształt polskiej ustawy o świadku koronnym - wymieniał.
Rosati przypomniał też, że mówimy tutaj o "byłym wiceministrze sprawiedliwości, który mówi, że ma jakąś dodatkową tożsamość, nie bardzo wiadomo w jakiej procedurze, nie bardzo wiadomo, kto mu tę tożsamość nadał". - To jest bardzo groźne i to niestety uzupełnia tego obrazu, o którym cały czas rozmawiamy - skwitował.
Maciej Berek sędzią TK? "To nie jest dobry pomysł"
Rosati był też pytany o przyszłość Macieja Berka. Do niedawna minister ds. wdrażania polityki rządu, ma zostać kandydatem na sędziego Trybunału Konstytucyjnego - wynika z informacji uzyskanych we wtorek przez reporterkę TVN24 Agatę Adamek. Jako pierwsza taką informację podała Polityka Insight. Premier Donald Tusk zapowiedział, że odniesie się do tych doniesień w czwartek podczas konferencji prasowej.
- Myślę, że przez ostatnie dwa dni ten feedback od opinii publicznej jest jednoznaczny. To nie jest dobry pomysł - powiedział Rosati. Ocenił, że choć Berek "formalnie zapewne spełnia podstawowe przesłanki, żeby zasiadać w Trybunale Konstytucyjnym", to jest on "czynnym politykiem, członkiem Rady Ministrów", a ponadto "bardzo bliskim współpracownikiem pana premiera".
Przypomniał, że "dokładnie ta koalicja mówiła jasno o odpolitycznieniu Trybunału Konstytucyjnego". - Nie można więc proponować takich kandydatur, które de facto powodują, że ze składu Rady Ministrów przechodzi się do składu sądu konstytucyjnego - komentował.
- Jeżeli mamy odbudować autorytet Trybunału Konstytucyjnego to musimy być wszyscy konsekwentni i wiarygodni, żeby to osiągną - podkreślił Rosati.