Był rok 2010. MIT Sloan Sports Analytics Conference, najważniejszy coroczny zjazd analityków sportowych na świecie. John Huizinga, profesor biznesu z Uniwersytetu w Chicago, zaprezentował wyniki badania, które wprawiły salę w osłupienie.
Huizinga i jego współpracownik Sandy Weil przez kilka lat budowali własną bazę danych. Przeanalizowali około 1,6 mln posiadań piłki z siedmiu sezonów NBA. Ich cel był prosty: odpowiedzieć na pytanie, które w koszykówce nigdy wcześniej nie zostało zadane z taką precyzją. Ile naprawdę jest wart blok?
Nie liczba bloków. Nie spektakularność
Wynik był jednoznaczny i zaskakujący zarazem. Najbardziej wartościowe bloki w lidze należały do Tima Duncana. Najmniej wartościowe do Dwighta Howarda. Tego samego Dwighta Howarda, który w tamtym czasie był powszechnie uważany za najlepszego blokującego w NBA (co potwierdzało jego pierwsze miejsce w rankingu liczby bloków) i właśnie zdobywał kolejne nagrody dla defensywnego gracza roku.
Żeby zrozumieć, dlaczego to odkrycie było tak uderzające, trzeba przypomnieć sobie (lub sprawdzić, jeśli nie jest się kibicem weteranem), kim był Dwight Howard w szczycie swojej kariery.
Howard był fenomenem atletycznym. Wysoki, potężnie zbudowany, dysponujący refleksem kota i skocznością, o jakiej większość koszykarzy może tylko marzyć. Gdy wchodził pod kosz, rywale dosłownie schodzili mu z drogi, bo wiedzieli, co ich czeka. Jego bloki trafiały na okładki magazynów i na listy najefektowniejszych akcji roku.
Liczby zdawały się to potwierdzać. W sezonie 2008/2009 Howard zanotował aż 231 bloków (prawie 3 bloki na mecz)i był liderem całej ligi. Był mierzalnie najlepszy.
- Dlaczego liczba bloków nie oddaje ich prawdziwej wartości w koszykówce?
- Co sprawia, że niektóre działania są przeceniane tylko dlatego, że są bardziej efektowne?
- Jakie wnioski z NBA można przenieść do zarządzania, medycyny czy polityki?
Tim Duncan w tym samym sezonie zanotował prawie o połowę mniej - 126 bloków (1,7 bloku na mecz) i zajmował 11. miejsce w ligowym rankingu. O 105 bloków mniej. Rzadziej pojawiał się w telewizji, rzadziej lądował na okładkach. Ciszej. Bez fajerwerków. Często zamiast efektownie strącić piłkę w trybuny, lekko zmieniał jej tor, a ta trafiała w ręce jego partnera.
Pytanie, którego nikt nie zadał
Huizinga i Weil zapytali o coś, co wydaje się oczywiste, ale w praktyce sportowej prawie nigdy nie było mierzone: co dzieje się po bloku i jak to wpływa na wartość tego zagrania?