Środa, 1 kwietnia. Polscy kibice budzą się z kacem, który dla większości z nich nie ma nic wspólnego z alkoholem.
Viktor Gyokeres, 88. minuta, 3:2. Koniec marzeń o mistrzostwach świata. I od razu to samo pytanie, które pada po każdej bolesnej porażce: czy sędzia był uczciwy? Tym razem pytanie jest wyjątkowo uzasadnione. Na Słoweńca Slavko Vinczicia spadła po meczu fala krytyki, jakiej polska debata sportowa nie widziała od czasów podyktowania przez Howarda Webba karnego przeciw Polsce w 93. minucie meczu z Austrią na Euro 2008.
Były sędzia międzynarodowy Rafał Rostkowski wskazał co najmniej dwa momenty, w których Polska powinna dostać rzut karny. Już w pierwszej minucie meczu Robert Lewandowski był powstrzymany nieprzepisowo w polu karnym rywali, ale sędzia odgwizdał wcześniejsze zagranie ręką Matty'ego Casha. Największa kontrowersja to oczywiście sytuacja z 48. minuty, w której Jakub Kamiński został kopnięty w polu karnym, a sędzia Vinczić nawet nie zdecydował się obejrzeć powtórki z pomocą systemu VAR. Źle ją ocenił, a może dostał sygnał od kolegów z wozu, że karny był zbędny? Tego nie wiemy, jest kontrowersja, niesmak pozostał.
Wątpliwości było więcej. Czy Anthony Elanga wymusił faul? Czy naprawdę Nicola Zalewski miał tyle siły, żeby go przewrócić? Po rzucie wolnym padł gol dla gospodarzy na 2:1. A co z nieodgwizdanym spalonym przy tej bramce Szwedów? Czy ten, który blokował Roberta Lewandowskiego, nie był na pozycji spalonej? A co z drugą żółtą kartką dla Lucasa Bergvalla?
Ale zanim, niczym Donald Tusk w 2008 roku po decyzji Howarda Webba, zapłoniemy morderczym gniewem na konkretnego człowieka, warto wiedzieć, że nauka od lat mówi nam coś znacznie bardziej niepokojącego. Vinczić nie działał złośliwie. Działał dokładnie tak, jak działają wszyscy sędziowie na całym świecie, gdy prowadzą mecz na wyjeździe.
Zjawisko, które ma nazwę i tysiące stron badań
"Home field advantage" - przewaga własnego boiska - to nie kibicowski mit ani wymówka przegranego. To jedno z najlepiej zbadanych zjawisk w całej historii nauk o sporcie. W skrócie: dane z wielu różnych dyscyplin sportu pokazują, że jeśli dwie identyczne drużyny będą grały ze sobą mecz, ta grająca na własnym boisku ma nawet dwukrotnie większą szansę na wygraną.
Piłka nożna to dyscyplina, w której efekt przewagi własnego boiska jest największy. W europejskich ligach drużyny grające u siebie zdobywają od 60 do ponad 70 proc. możliwych do zdobycia punktów. W Premier League gospodarze wygrywali ok. 47 proc. meczów, goście - zaledwie 27 proc. Analiza niemal 9 tysięcy spotkań reprezentacyjnych z lat 1993–2004 wykazała, że drużyny wygrywają u siebie 50 proc. spotkań, a przegrywają tylko 25 proc. Liczby są twarde i powtarzalne bez względu na kontynent, epokę czy poziom rozgrywek.
Skąd się to bierze? Długo odpowiedź wydawała się oczywista: tłum dopinguje, zawodnicy grają lepiej przed własną publicznością, przyzwyczajenie do murawy i hali, zmęczenie gości podróżą. Logiczne, prawda? Problem w tym, że gdy naukowcy zaczęli to sprawdzać, większość tych wyjaśnień posypała się jak domek z kart.