Ewakuacja z jaskini krok po kroku. Odurzeni, unieruchomieni i wyniesieni

TVN24

Ewakuacja z głębi jaskiniThai Navy SEAL
wideo 2/35

Przywiązani do noszy i prawdopodobnie mocno odurzeni, na granicy świadomości - tak ewakuowano 12 chłopców i ich trenera z jaskini Tham Luang. Tajlandzkie władze są oszczędne w ujawnianiu szczegółów akcji ratunkowej, jednak rozmowy jej uczestników z dziennikarzami pozwalają zbudować obraz przedsięwzięcia. - Najważniejsze w tym było szczęście - przyznał w rozmowie z reporterem "New York Times" generał Chalongchai Chaiyakham, zastępca dowódcy operacji.

Akcja poszukiwawczo-ratownicza trwała od 23 czerwca do 10 lipca. Łącznie 18 dni. Pierwsze dziewięć zajęło dokładne zbadanie jaskini i odnalezienie 12 zaginionych chłopców w wieku 11-17 lat oraz ich 25-letniego trenera. Kolejne sześć dni przygotowywano ewakuację, która zajęła trzy ostatnie dni. Początkowo pojawiały się sugestie, że nastolatkowie oraz ich opiekun będą musieli spędzić pod ziemią kilka miesięcy w oczekiwaniu na ustanie pory monsunowej i towarzyszących jej opadów deszczu. Droga na zewnątrz była w znacznej części zalana.

Szybko okazało się jednak, że w miejscu schronienia chłopców i trenera spada zawartość tlenu w powietrzu. Dodatkowo prognoza przewidywała silne deszcze, które mogły doprowadzić do całkowitego zalania jaskini. Przystąpiono więc do ewakuacji, choć plan był określany jako ryzykowny i nie mający precedensu.

Międzynarodówka ratownicza

Operacją formalnie zarządzały tajlandzkie służby. Większość ratowników stanowili żołnierze i przedstawiciele innych formacji. Było to kilka tysięcy ludzi. Wykonywali oni prostsze zadania na powierzchni.

Kluczową grupą było około 200 nurków, w większości z jednostki specjalnej tajlandzkiej marynarki wojennej, oraz kilkudziesięciu specjalistów z całego świata, zwłaszcza grupa doświadczonych cywilnych nurków jaskiniowych i około 30 specjalistów amerykańskiego wojska.

Tajlandzcy wojskowi byli szkoleni do nurkowania w morzu, jeziorach i rzekach, a ciasne podziemne korytarze były dla nich obcym środowiskiem. Dlatego zasadniczą rolę w planowaniu mieli pełnić doświadczeni obcokrajowcy. Zadanie było trudne, nikt wcześniej nie próbował czegoś takiego. Chłopcy i ich trener byli około czterech kilometrów w głąb jaskini i niemal kilometr pod ziemią. Od wyjścia oddzielało ich między innymi kilka zalanych odcinków korytarzy, w tym jeden o długości prawie 1,5 kilometra z bardzo ciasnym fragmentami. Rozmiary jednego z nich wynosiły zaledwie 38 na 72 centymetry. Przeciskając się przez niego, nurkowie musieli zdejmować z siebie część sprzętu.

Woda była zimna. Z silnym prądem - miał zrywać maski nurkom, którzy odwrócili głowę bokiem; jeden porównał płynięcie w takich warunkach do "wspinania się pod prąd". I całkowicie nieprzejrzysta - nie było widać wyciągniętej przed twarz dłoni. Takie warunki są ekstremalne nawet dla doświadczonych nurków jaskiniowych, a co dopiero dla osłabionych, wygłodzonych nastolatków, z których większość nie umiała pływać, a co dopiero nurkować. Poważne było ryzyko, że w takiej sytuacji chłopcy spanikują, płynąc przez zalaną jaskinię. Panika jest zaś najgorszym, co może przydarzyć się w takiej sytuacji. Człowiek nią owładnięty znacznie szybciej oddycha, zużywając szybko cenne powietrze w butli i przestaje się kontrolować. To może oznaczać śmierć nie tylko jego, ale też ratowników.

Ewakuacja dzieci z jaskini w Tajlandii
PAP
Jaskinia Tham Luang

Na wszelki wypadek bezwolni

W tej sytuacji podjęto decyzję o podaniu chłopcom leków uspokajających. Premier Tajlandii Prayuth Chan-ocha stwierdził, że dawka medykamentów była "umiarkowana". Reporterzy dziennika "New York Times" na podstawie rozmów z ratownikami biorącymi udział w akcji stwierdzili jednak, że chłopcy byli mocno odurzeni, na granicy świadomości. Na nagraniach z akcji widać, że przynajmniej jeden z nich wygląda na półprzytomnego. Ma zamknięte oczy a jego ręka zwisa bezwładnie. Nie było mowy, aby w takim stanie ratowani poruszali się o własnych siłach. Umieszczono ich na dostarczonych przez Amerykanów specjalnych noszach ratunkowych o nazwie SKED. Przypominają one elastyczną plastikową rynnę, do której mocno przypina się pasami transportowaną osobę. Na czas transportu pod wodą chłopcom zakładano maskę, obejmującą całą twarz. Dodatkowo byli ubrani w pianki, aby wytrzymać przebywanie w zimnej wodzie. Ratowani pokonywali całą trasę przypięci do noszy SKED. Pod wodą ciągnęli je i pchali dwaj nurkowie (spośród zagranicznych specjalistów), przy czym jeden trzymał też butlę z powietrzem dla odurzonego transportowanego. W suchych częściach jaskini nosze były na zmianę niesione przez ratowników (głównie tajlandzkich żołnierzy), przeciągane na podwieszonych linach lub ciągnięte po specjalnych zjeżdżalniach z węży na wodę. Kiedy było to możliwe, nosze kładziono na tratwę i ciągnięto na powierzchni wody.

Nosze SKED. Te użyte w akcji były oliwkowe, ponieważ dostarczyło je amerykańskie wojsko
skedco.com

"Tyle rzeczy mogło pójść źle"

Pokonanie całego czterokilometrowego odcinka zajmowało kilka godzin i angażowało kilkudziesięciu ratowników. Przejście pierwszego podwodnego odcinka zajmowało dwie godziny, z krótkimi przerwami po drodze. Najdłuższe zanurzenia trwały po 40 minut. Na trasie zorganizowano cztery stacje, gdzie medycy sprawdzali stan zdrowia ewakuowanych. Według "NYT", podczas ewakuacji 11. chłopca prowadzący nosze nurek zgubił linkę rozciągniętą przez jaskinię, wzdłuż której powinien płynąć, by znajdować drogę w kompletnie nieprzejrzystej wodzie. Doświadczony nurek nie wpadł jednak w panikę, ale zaczął powoli cofać się ku ciaśniejszej części jaskini. Tam, szukając metodycznie, w końcu odnalazł linę. Zajęło mu to kilkadziesiąt minut. - Tyle rzeczy mogło pójść źle, ale jakoś nam się udało - powiedział generał Chaiyakham. - Ciągle nie wierzę, że to się udało - dodał. Operacja kosztowała życie jedną osobę - byłego komandosa jednostki SEAL tajskiej floty sierżanta Saman Kunana. Zmarł prawdopodobnie z niedotlenienia podczas umieszczania w jaskini zapasów na potrzeby ewakuacji. Urządzono mu państwowy pogrzeb ze wszystkimi honorami i żegnano jak bohatera.

Autor: mk//rzw / Źródło: New York Times, BBC News, Reuters, PAP

Tagi:
Raporty: