We wtorek berlińska policja zatrzymała Roberta Bąkiewicza i pięcioro innych członków Ruchu Obrony Granic, którzy bez wymaganego zgłoszenia próbowali przemaszerować z drewnianym krzyżem pod kamień upamiętniający polskie ofiary II wojny światowej w dzielnicy Tiergarten.
Sam Bąkiewicz nie krył emocji. - To jest po prostu skandal, bo to przypomina czasy okupacji. Niemcy nam tutaj po prostu w skandaliczny sposób zabraniają uczczenia polskich ofiar. Znów jesteśmy gorsi, znów jesteśmy podludźmi dla Niemców - mówił na miejscu lider ROG, porównując interwencję policji do działań nazistowskich okupantów.
Całe zdarzenie rejestrowała Telewizja Republika.
Wszyscy zatrzymani zostali zwolnieni jeszcze tego samego dnia.
Incydent wzbudził wiele emocji w Polsce. Środowiska prawicowe wyrażały oburzenie reakcją niemieckich służb. Szef Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta Marcin Przydacz ocenił interwencję jako "sytuację niedopuszczalną", a prezes Telewizji Republika zaapelował do Polaków o stawienie się przed niemiecką ambasadą w Warszawie. Z kolei polskie władze krytykowały zachowanie Bąkiewicza, który nie zastosował się do przepisów obowiązujących w Berlinie. - Trzeba pamiętać, że pan Bąkiewicz nie jest w Polsce. Obowiązuje go prawo niemieckie i po prostu powinien go też przestrzegać - oświadczył wiceszef MSWiA Wiesław Szczepański.
Incydent dzień przed rocznicą
Kluczowy jest tutaj kontekst: akcja Ruchu Obrony Granic odbyła się dokładnie dzień przed dwiema ważnymi rocznicami. 17 czerwca 2026 roku mija rok od odsłonięcia "Miejsca Pamięci dla Polski 1939-1945" - głazu o wadze około 30 ton z dwujęzyczną inskrypcją, który od 2025 roku pełni funkcję tymczasowego miejsca upamiętnienia ofiar niemieckiej okupacji.
17 czerwca to jednocześnie 35. rocznica podpisania polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie - jednego z fundamentów powojennych relacji obu państw.
Na ten dzień zaplanowane były oficjalne uroczystości w Berlinie. Już 12 czerwca berlińska policja wydała specjalne rozporządzenie administracyjne, które obowiązywało wszystkich - zarówno Niemców, jak i cudzoziemców - i zakazywało wszelkich zgromadzeń, pochodów oraz manifestacji w rejonie pomnika, jeśli mogłyby zakłócić przebieg uroczystości lub naruszyć powagę miejsca pamięci.
Bąkiewicz i ROG pojawili się tam 16 czerwca - dzień przed wspomnianą rocznicą.
Dr Witkowski: jestem niezwykle zdziwiony takim oburzeniem
- Uważam, że to niezwykle zabawne, że polskich nacjonalistów spotyka to, co sami postulują, żeby Polska mogła robić. Przecież pan Bąkiewicz i jego środowisko uważa, że Polska ma prawo ostro reagować na wszelkie działania migrantów na terenie Polski, naruszające prawo - komentował w rozmowie z portalem tvn24.pl doktor Przemysław Witkowski, badacz ekstremizmów politycznych z Collegium Civitas.
Jak mówił, "mamy do czynienia z sytuacją, w której polscy nacjonaliści pojechali do innego kraju i zostali tam poinformowani, że nie uzyskali pozwolenia na demonstrację, że powinni opuścić teren, zapewniono tłumacza, ale mimo to próbowali wykonywać czynności, zmieniać miejsce pamięci".
- Jestem niezwykle zdziwiony tak dużym oburzeniem, szczególnie w tej części sceny politycznej, która sama przecież postuluje, żeby polskie państwo mogło robić dokładnie to samo z migrantami łamiącymi przepisy. Dlaczego to jest dobre dla Polski, a niedobre dla Niemiec? - zastanawiał się.
Głaz Pamięci
Pomnik, przy którym doszło do incydentu, powstał w wyniku inicjatywy społeczno-obywatelskiej. Jest to prawie 30-tonowy głaz narzutowy z tablicą, na której widnieje napis po polsku i po niemiecku: "Polskim ofiarom nazizmu i ofiarom niemieckiej okupacji i terroru w Polsce 1939-1945". Jego lokalizacja nie jest przypadkowa - stoi w miejscu dawnej Opery Krolla, która w latach 30. XX wieku była miejscem posiedzeń parlamentu. To tam 1 września 1939 roku Adolf Hitler ogłosił atak na Polskę. Pomnik został odsłonięty w czerwcu ubiegłego roku.
Dyrektor Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich, prof. Peter Oliver Loe, w mailu do redakcji tvn24.pl przekonuje, że forma pomnika w postaci kamienia z towarzyszącym drzewkiem "wynika z konieczności znalezienia formy godnej, ale jednocześnie tymczasowej". "Pomnik jest chroniony berlińską ustawą o ochronie miejsc pamięci, która zakazuje ingerencji w obrębie tychże pomników. Pomnik znajduje się dodatkowo tuż przy strefie ochronnej wokół parlamentu niemieckiego, gdzie spontaniczne manifestacje są zakazane" - zwraca uwagę. Przypomina również, że "w zeszłym roku ta sama grupa była obecna przed uroczystościami 1 października, rozwinęła na krótki czas transparent i pozostawiła ruchomy krzyż". "Wszystko było wtedy na żywo relacjonowane w prawicowych mediach. Podczas uroczystości odsłonięcia pomnika w tle odbyła się manifestacja campu propalestyńskiego, która po części zakłóciła uroczystość" - dodaje.
Uzupełnia, że pomnik federalny powstanie prawdopodobnie już w przyszłym roku i zastąpi ten tymczasowy.
Do ubiegłego roku w Berlinie nie było pomnika upamiętniającego polskie ofiary nazistowskiego reżimu. Strona polska wielokrotnie podkreślała znaczenie stałego pomnika dla dwustronnych relacji, przez lata nie udało się jednak doprowadzić do jego powstania.
Dopiero w grudniu zeszłego roku zgodę na to wyraził niemiecki parlament. Od głosu wstrzymała się większość deputowanych prawicowo-populistycznej partii Alternatywa dla Niemiec (AfD). Konkurs na projekt pomnika rozpoczął się w marcu, a zakończył w maju tego roku. Na konkurs oraz realizację zwycięskiego projektu przeznaczono łącznie 5 milionów euro ze środków federalnych.
Redagowała Katarzyna Guzik