Atomowy blef, rzeź w Donbasie i list z Kremla. Jak Putin ograł Zachód


Przyjęte w stolicy Białorusi dokumenty nie mają większego znaczenia. Rosja i tak nie zamierzała ich respektować. Dużo poważniejsze, fatalne konsekwencje ma sam fakt spotkania „normandzkiej czwórki”. Angela Merkel i Francois Hollande tylko zachęcili Rosję do dalszej zbrojnej agresji. Władimir Putin upewnił się co do skuteczności stosowania brutalnej siły i zastraszania, zaś Petro Poroszenko stracił iluzje, jeśli chodzi o wsparcie Europy.

POROZUMIENIE W MIŃSKU - czytaj raport

Kto zyskał na porozumieniu w Mińsku 12 lutego? Rosja. Nie tylko na poziomie regionalnym (Donbas) i dwustronnym (Ukraina), ekonomicznym i militarnym. Oczywiście swoje uzyskali też pozostali uczestnicy szczytu: Merkel i Holland obietnicę zamrożenia wojny, a Poroszenko chwilę oddechu na froncie, tym bardziej potrzebną, że trzeba podjąć ważne reformy w kraju.

Jednak jest płaszczyzna, na której Putin odniósł miażdżące wręcz zwycięstwo – to relacje Rosji z Zachodem, wraz z najważniejszą dziś ich pochodną, czyli grą wielkich mocarstw wokół Ukrainy. Przez drzwi mińskiego pałacu rosyjski prezydent wrócił na światowe salony – niewątpliwie silniejszy niż w czasie szczytu G20 w Brisbane, gdy wielcy tego świata potraktowali go jak pariasa. To wtedy, także po słynnej lodowatej rozmowie z Merkel, Rosja zaczęła przygotowywać polityczno-militarną operację. Operację, która rozpoczęła się mniej więcej w połowie stycznia, a zakończyła sukcesem w połowie lutego.

Wszyscy koncentrowali się na wybuchu gwałtownych walk w Donbasie, umknęły zaś uwadze inne działania strony rosyjskiej – tylko na pozór niezwiązane bezpośrednio z rozwojem sytuacji na Ukrainie. Zarówno militarne, jak i polityczne. Zarówno wobec Kijowa, jak i w stosunku do całego Zachodu.

Z perspektywy czasu, już po mińskim szczycie, widać wyraźnie, że Putin przygotował i przeprowadził wszechstronną operację, dzięki której miał przełamać impas, który zapanował na jesieni 2014 r., a który nie był dla Rosji korzystny. Gospodarz Kremla zaryzykował, ale się opłaciło.

Wojna i "pokój"

W połowie stycznia Putin dał znak do nowej ofensywy w Donbasie. Opowiadanie, że Moskwa nie panuje nad rebeliantami to bajka. Właśnie te kilka miesięcy po pierwszym mińskim rozejmie Rosjanie wykorzystali do „oczyszczenia” szeregów „pospolitego ruszenia” z elementów niepewnych, które nie gwarantują wykonywania bez szemrania każdego rozkazu rosyjskiego sztabu. Reorganizowano jednocześnie „siły zbrojne”. Luźne i często skłócone ze sobą oddziały rozmaitej maści watażków ujęto w karby i podporządkowano jednemu dowództwu. Taka „noworosyjska armia” uderzyła na pozycje ukraińskie.

Jednocześnie Putin wysłał do Poroszenki pismo z „pokojowymi propozycjami” (15 stycznia). Propozycje oznaczały warunki dużo gorsze dla Kijowa, niż wciąż teoretycznie obowiązujące z Mińska z września 2014. Oczywiście Poroszenko odrzucił te warunki. Więc Putin, strojąc się w piórka zwolennika pokoju, wysłał ofertę Angeli Merkel i Francois Hollande'owi.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że od listopada 2014 relacje na linii Putin – Merkel były martwe. Kanclerz po bezowocnych rozmowach z prezydentem Rosji w Mediolanie i Brisbane uznała, że nie ma sensu narażać swej reputacji w próbach dialogu z politykiem kłamiącym w żywe oczy. Berlin w tym okresie w rozmowach z Moskwą reprezentował Frank-Walter Steinmeier, a pani kanclerz wycofała się, choć kilka razy publicznie nadzwyczaj ostro atakowała politykę Putina. Inaczej rzecz się ma z prezydentem Francji. Ten uczynił precedens, 6 grudnia robiąc sobie w Moskwie przystanek w drodze powrotnej z Kazachstanu, Hollande stał się pierwszym zachodnim przywódcą od początku wojny, który udał się w gości do Putina.

Po odmownym liście Poroszenki Putin chwilę odczekał i wysłał swoją ofertę do Berlina i Paryża. Zakładał, jak się okazuje słusznie, że ta propozycja w połączeniu z jednoczesnym militarnym (także atomowym) straszeniem Zachodu, poskutkuje. Tym bardziej, że po grudniowym spotkaniu z Hollandem Putin miał prawo liczyć, że ten wpłynie na Merkel. Przekonując, że nie ma nic wspólnego z zimową ofensywą rebeliantów, w Europie Putin zaprezentował się jako „peacemaker”. Doskonale ujął to główny doradca Putina ds. polityki zagranicznej, Jurij Uszakow, gdy mówił, że Merkel i Hollande podjęli misję w odpowiedzi na eskalację konfliktu po 15 stycznia. Uszakow podkreślił też, że Putin podjął kilka prób deeskalacji.

Merkel trudno by było zignorować inicjatywę Putina w sytuacji, gdy z Donbasu nadchodziły wstrząsające doniesienia o kolejnych masakrach ludności cywilnej. 13 stycznia rebelianci ostrzelali autobus na punkcie kontrolnym w Wołnowasze: 12 zabitych, kilkudziesięciu rannych. 22 stycznia co najmniej 13 osób zginęło, a ponad 20 zostało rannych w wyniku ostrzału przystanku trolejbusowego w Doniecku. Ponad 30 ofiar śmiertelnych to efekt ostrzału Mariupola 24 stycznia. Co łączy te i inne, o mniejszej skali, ataki na ludność cywilną? Dokonywali ich rebelianci i Rosjanie, a miały one wywrzeć wrażenie na zachodniej opinii publicznej. Po co? Aby obraz walk w Donbasie był aż tak krwawy, żeby politycy z Zachodu parli do pokoju za wszelką cenę. Czyli kosztem interesów Ukrainy.

Moment trafienia pocisku Grad w Mariupolu
Moment trafienia pocisku Grad w Mariupolusegodnya.ua

Canossa Merkel

Eskalując sytuację w Donbasie Rosja zafundowała jednak groźny dla siebie efekt uboczny. Na Zachodzie – przede wszystkim w USA – rozgorzała dyskusja o konieczności dostarczenia Ukrainie defensywnej broni śmiercionośnej, by mogła bronić się przed atakami rebeliantów i wojsk rosyjskich. Ten temat przewijał się co prawda od dawna, ale tym razem wydawało się, że w końcu Obama ulegnie presji. To był jeden z powodów, dla których doszło do mińskiego szczytu. W tym wypadku Putin i Merkel stanęli po tej samej stronie, choć z różnych powodów. Prezydent Rosji obawia się amerykańskiej broni w Donbasie, bo to może zatrzymać postępy ofensywy i poważnie zwiększyć dostawy Ładunku 200 do Rosji – a zabici w Donbasie rosyjscy żołnierze to problem dla moskiewskiego reżimu. Merkel z kolei podziela popularną w zachodniej Europie opinię, że broń dla Kijowa nie pomoże uregulować konfliktu, a tylko zwiększy liczbę ofiar i sprowokuje Putina do bardziej agresywnych kroków.

Doniesienia o ciężkich walkach i masakrach cywilów w Donbasie oraz coraz bardziej realne dostawy broni z USA były czynnikami, które skłoniły Merkel do zmiany polityki ws. Rosji i Putina – wszak po spotkaniu z nim w Brisbane kanclerz Niemiec zaostrzyła ton wobec Moskwy do poziomu wcześniej niespotykanego. I odrzucała możliwość rozmów bez wcześniejszych wyraźnych ustępstw strony rosyjskiej. Tymczasem na tak przygotowany grunt trafiło pismo „pokojowe” od Putina.

Nie wiadomo dokładnie, kiedy dotarło do Berlina i Paryża. Nie wiadomo dokładnie, co się znalazło na dziewięciu stronach. W jakimś stopniu na pewno to, co Putin wcześniej przesłał Poroszence. Ale mogły się też znaleźć inne zapisy, dotyczące być może uregulowania kwestii Ukrainy ponad głową Kijowa.

Merkel i Hollande, ogłaszając zamiar misji pokojowej nie zająknęli się początkowo, że to reakcja na pismo Putina. Nie wiadomo, co z jego planu przyjęli, a co zaoferowali od siebie. Nie wiadomo, czy i w jakim stopniu na propozycję, którą mieli zawieźć na Kreml, wpłynęła rozmowa z Poroszenką.

Pewne jest natomiast, że większość ustaleń przyjętych w Mińsku 12 lutego, została uzgodniona w ciągi tych kilku intensywnych dni poprzedzających szczyt „normandzkiej czwórki”. 5 lutego Merkel i Hollande pojawili się w Kijowie. Sytuacja przypominała nieco sytuację z połowy listopada. Wtedy z „misją ostatniej szansy” na Wschód wyruszył Steinmeier. Misja nic nie zmieniła, bo ani Kijów, ani Moskwa nie zamierzały ustąpić.

Tym razem jednak presja Berlina i Paryża na Poroszenkę była nieporównanie większa. “Hollande i Merkel przyjechali wykręcać mu ręce? I kto przyjechał? Ci sami ludzie, od których zależy pomoc ekonomiczna dla przeprowadzenia reform” – pisał rosyjski politolog Andriej Piontkowski. Zauważając gorzko, że nawet prezydent Czechosłowacji Edvard Benes w 1938 r. był w lepszym położeniu niż Poroszenko, bo nie zależał finansowo od Neville'a Chamberlaina i Eduarda Daladiera...

Nazajutrz Merkel i Hollande – mając już stanowisko Poroszenki – polecieli do Moskwy. Podczas pięciogodzinnej rozmowy z Putinem ustalono zapewne najważniejsze punkty porozumienia, które miano – już w świetle kamer i z udziałem Poroszenki (żeby tylko uniknąć skojarzeń z Monachium) – ogłosić w Mińsku. Treść i wszystkie rozmowy – także telefoniczne – z Putinem pozostawały niepubliczne.

Ta misja umacnia "partię wojny" na Kremlu - czytaj analizę tvn24.pl

Czwartek w Kijowie, piątek w Moskwie, sobota w – nomen omen – Monachium. 7 lutego w kuluarach konferencji bezpieczeństwa doszło do rozmowy Poroszenki z kanclerz Merkel i wiceprezydentem USA Joe Bidenem.

9 lutego w Waszyngtonie Merkel spotkała się z Obamą, a w Berlinie odbyło się spotkanie przedstawicieli MSZ Niemiec, Francji, Rosji i Ukrainy. Wreszcie 10 lutego w Mińsku zebrała się po dłuższej przerwie (spotkanie 31 stycznia zerwali rebelianci) tzw. grupa kontaktowa, siadając do spisania nowego porozumienia ws. Ukrainy.

Gdy 11 lutego do stolicy Białorusi zjechali przywódcy „normandzkiej czwórki”, niemal wszystko było już gotowe. Dlaczego więc aż tyle godzin trzeba było czekać na podpisanie dokumentów? Znając metody działania Rosjan, nie jest wykluczone, że w ostatniej chwili Putin podbił stawkę. Wskazuje na to przeciek o rzekomym sprzeciwie przedstawicieli rebeliantów wobec porozumienia. Oczywiście żaden z nich nawet by nie kichnął bez wcześniejszego uzgodnienia z Kremlem. Innym elementem, który skomplikował rozmowy – zapewne ku niemiłemu zaskoczeniu Merkel i Hollande'a sprawiających wrażenie, jakby ciągłe kłamstwa Putina wciąż ich zaskakiwały – była kwestia Debalcewego.

Gangster na salonach

Mińsk-2 można uznać za modyfikację porozumienia z Mińska z września. Ze zmianami pogarszającymi sytuację Ukrainy, zarówno na froncie i ws. statusu Donbasu, zarówno w relacjach z Rosją, jak i ogólnie, na arenie międzynarodowej. Ale ważniejszy od podpisanych – i jak widać pozostających niemal w całości jedynie na papierze – dokumentów jest sam fakt spotkania liderów UE i prezydenta Ukrainy z Putinem. Spotkanie dodało prezydentowi Rosji prestiżu i zamknęło kwestię międzynarodowej izolacji. Co więcej, Kreml wręcz upokorzył Merkel i Hollande'a. Przecież jeszcze w połowie stycznia do takiego spotkania miało dojść w Astanie. Europejscy liderzy do Kazachstanu jednak się nie wybrali. Zaraz potem Moskwa uruchomiła swój „wojenno-pokojowy” plan i co się wydarzyło po zaledwie trzech tygodniach? „Żelazna Kanclerz” pojechała na sam Kreml.

Kolejny punkt dla Putina to nieobecność w tym procesie wroga najgorszego – Amerykanów. Oczywiście trudno mówić o jakimś poważnym podziale w kwestii porozumień mińskich na linii Waszyngton – Berlin, jeśli nie znamy szczegółów rozmów Merkel z Obamą 9 lutego. Kanclerz Niemiec zrelacjonowała zapewne wyniki rozmów na Kremlu 6 lutego – pytane, czy dostała od Obamy „błogosławieństwo” na szczyt w Mińsku, czy amerykański prezydent po prostu powiedział Niemce: próbujcie, my się w to nie angażujemy. Na pewno Putinowi łatwiej rozmawia się z Zachodem, gdy po drugiej stronie nie ma Amerykanów.

Mińsk i poprzedzająca go akcja pozwoliły Moskwie pokazać światu, że jest otwarta na rozmowy o pokoju, więcej nawet, sama wychodzi z inicjatywą. Rzecz jasna chodzi o to, by skutkiem tego było zniesienie lub przynajmniej ograniczenie sankcji. O nakładaniu nowych rzecz jasna nie wspominając. W stolicy Białorusi Putin upewnił się, że nazajutrz na szczycie UE nie będzie nowych bolesnych sankcji. Ułatwił też sprawę europejskim zwolennikom współpracy z Moskwą.

Sytuacja jest boleśnie prosta. Rosja może, gdy tylko zechce, eskalować działania wojenne, to kwestia godzin, żeby podjąć taką decyzję? Tymczasem ponowne znalezienie uzasadnienia do wprowadzenia nowych sankcji może zająć UE tygodnie i miesiące. Podobnie jak powrót do sprawy dostaw broni dla Ukrainy. Miński szczyt dał powód europejskim przywódcom, ale też Obamie, żeby odrzucić argumenty zwolenników uzbrajania Kijowa. I to też jest wygrana Moskwy. Kreml na dodatek, po Mińsku-2, inaczej niż we wrześniu, będzie teraz mógł w razie fiaska rozejmu odpowiedzialnością za to obarczać Kijów.

Taktyczna pauza

Putin nie ma bowiem najmniejszego zamiaru wypełniać porozumienia. Dlaczego więc dążył do szczytu mińskiego? Pierwszy powód, wyżej opisany, to zmiana reguł gry na najwyższym geopolitycznym poziomie. Drugi, też wspomniany, to obawy, że Zachód zacznie dostarczać Ukraińcom broń. Trzeci powód to konieczność uzupełnienia strat i przygotowania nowej ofensywy, bo ta zimowa utknęła, a terroryści i rosyjskie wojsko bardzo się wykrwawiły.

Obamie trudno będzie podjąć decyzję o dostawach broni na Ukrainę, gdyż obecnie mowa jest nie o wojnie, lecz o wycofaniu ciężkiego uzbrojenia stron i stworzeniu strefy buforowej. szef komisji spraw zagranicznych Dumy Aleksiej Puszkow

Nie jest przypadkiem, że rosyjskie media bardzo dużo uwagi poświęcały różnicom między USA i UE ws. dostaw broni dla Ukrainy. To też nie przypadek, że szef komisji spraw zagranicznych Dumy Aleksiej Puszkow wybił z mińskiego szczytu nie zawieszenie broni, nie autonomię Donbasu, ale fakt, że spotkanie stworzyło polityczne warunki wykluczające dostawy amerykańskiej broni śmiercionośnej na Ukrainę. - Obamie trudno będzie podjąć decyzję o dostawach broni na Ukrainę, gdyż obecnie mowa jest nie o wojnie, lecz o wycofaniu ciężkiego uzbrojenia stron i stworzeniu strefy buforowej – powiedział Puszkow.

Choć tej samej nocy, kiedy w pałacu Łukaszenki Putin radził o pokoju, do Donbasu wjechało ok. 50 rosyjskich czołgów, 40 systemów rakietowych Grad, Uragan i Smiercz oraz 40 transporterów opancerzonych. Zabawne w tym kontekście wydają się słowa Merkel, która mówiła, że „w końcowej fazie negocjacji prezydent Rosji wywarł presję na separatystów, aby zgodzili się na rozejm od północy z soboty na niedzielę”. Pytanie, czy kanclerz Niemiec naprawdę wierzy, że Putin musi negocjować z terrorystami, których uzbroił i napuścił na Ukrainę?

Moskwa wiele razy pokazała, że całkowicie steruje „republikami ludowymi”. Choćby 31 stycznia - przedstawiciele rebeliantów zrywają rozmowy grupy kontaktowej w Mińsku. Żądają bezpośrednich rozmów z Kijowem. Dwa dni wcześniej szef rosyjskiej prezydenckiej administracji Siergiej Iwanow mówi: - Walki będą trwały dopóki władze w Kijowie nie zaczną bezpośredniego dialogu z republikami ludowymi w Doniecku i Ługańsku.

Wracając zaś do motywów rosyjskich: nie można zapominać, że z każdym dniem warunki do prowadzenia działań wojennych są coraz trudniejsze. Kończy się zima – w tym roku i tak wyjątkowo łagodna w Donbasie – rozmarza grunt i ciężej poruszać się w polu. To bardziej uderza w stronę rosyjską, która prowadzi działania ofensywne i z użyciem dużej liczby czołgów, pojazdów bojowych, artylerii samobieżnej i mobilnych wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych. Tak więc nawet aura przemawia za pauzą w ekspansji militarnej rebeliantów i wojsk rosyjskich. Najpewniej warunki do wojny znów staną się dogodne gdzieś na początku kwietnia.

Dlatego teraz Rosja skutecznie wywarła presję na przywódców zachodnich, czego efektem była podjęta przez kanclerz Merkel i prezydenta Hollande’a misja dyplomatyczna. Rozmowy w Kijowie i w Moskwie odbyły się po tym, gdy Kreml zdecydował się na eskalację działań zbrojnych w Donbasie. Ale być może jeszcze większy wpływ na zachodnich przywódców miało straszenie dalszym zaostrzaniem się konfliktu i perspektywą jego wyjścia poza Ukrainę.

Atomowy blef

28 stycznia nad Kanałem La Manche brytyjskie myśliwce przechwyciły rosyjski bombowiec strategiczny Tu-95. Strategiczny, czyli przystosowany do przenoszenia broni atomowej. Do podobnych przypadków w ostatnich miesiącach dochodziło wielokrotnie. Ale tym razem Moskwa przyznała chyba po raz pierwszy, że jej samolot był uzbrojony w broń jądrową. Przypadek? Nie. Kolejny element stosowanej w ostatnim czasie strategii atomowego zastraszania Zachodu.

Rzekomy wzrost zagrożenia, że Rosja użyje broni nuklearnej, choćby na poziomie taktycznym, był podnoszony już na jesieni 2014. Ale w styczniu i lutym tego roku przyjął niespotykaną wręcz skalę. Obok awanturniczych wypowiedzi publicystów rosyjskich, pojawiły się sugestie polityków i generałów. A wreszcie jak najbardziej realne ćwiczenia sił jądrowych Rosji. I nie tylko jądrowych. Spójrzmy na tydzień, w którym doszło do szczytu w Mińsku. Wtorek: ćwiczenia oddziałów zwiadowczych i specjalnych na terytorium Południowego Okręgu Wojskowego oraz ćwiczenia Floty Czarnomorskiej na Krymie. Środa: na Dalekim Wschodzie ćwiczenia z udziałem brygady Wojsk Obrony Powietrznej uzbrojonej w pociski Iskander-M. Czwartek: manewry Strategicznych Wojsk Rakietowych (sił jądrowych) w 12 regionach Federacji Rosyjskiej - łącznie ponad 30 pułków rakietowych, 7 tys. żołnierzy i około 700 jednostek sprzętu, w tym samobieżne wyrzutnie rakiet Topol, Topol-M i Jars.

Według opozycyjnego rosyjskiego politologa Andrieja Piontkowskiego ten atomowy szantaż odbywał się „na wielu poziomach, przyjął wiele form”. Użyto do niego Korei Północnej (dostawy technologii z Rosji) oraz wojowniczych wypowiedzi Dmitrija Rogozina, Siergieja Iwanowa, Siergieja Szojgu i innych. A na deser materiał telewizyjny pokazujący, ile czasu rosyjskim czołgom zajmie dotarcie do europejskich stolic na „defiladę z okazji Dnia Zwycięstwa”.

W strategii atomowego zastraszania ważną rolę odgrywają eksperci. Szczególnie szkodliwi są ci rzekomo „niezależni” i szanowani na Zachodzie. W wywiadzie dla „Financial Times” Dmitrij Trenin, szef Moscow Carnegie Center, uważany w USA za „prozachodniego”, zasugerował, że jeśli Amerykanie dostarczą broń Ukrainie, Rosjanie mogą użyć taktycznej broni atomowej. Piontkowski nie ma wątpliwości, że Trenin zagrał w „orkiestrze” realizującej plan atomowego zastraszania Zachodu. Politolog przypomniał, że Trenin był pułkownikiem wywiadu wojskowego GRU.

Po co to wszystko? Nic nie paraliżuje woli twardej polityki Zachodu tak, jak perspektywa atomowej zagłady. Nawet jeśli to tylko blef – wszak Putin, a już na pewno jego otoczenie z wielomiliardowymi majątkami to nie szaleńcy. I choć nawet nowa wersja doktryny wojskowej Rosji nic nie zmienia w kwestii broni jądrowej, to atomowa psychoza zrobiła swoje. Dzień po tym, jak kandydat na nowego szefa Pentagonu powiedział, że jest za dostarczeniem broni śmiercionośnej Ukrainie, Merkel ogłosiła, że „Niemcy nie zamierzają sprzedawać broni Ukrainie, ponieważ uważają, że nie ma militarnego rozwiązania konfliktu, należy kontynuować wysiłki dyplomatyczne”. Ukoronowaniem tych wysiłków było spotkanie w Mińsku. I niestety niewiele wskazuje na to, by Merkel czy inni liderzy zachodni wyciągnęli wnioski z tej lekcji.

[object Object]
Jacek Czaputowicz o szczycie czwórki normandzkiej w Paryżutvn24
wideo 2/23

Autor: Grzegorz Kuczyński / Źródło: tvn24.pl

Tagi:
Raporty:
Pozostałe wiadomości