Hanna Wehr

TVN24

tvn24Hanna Wehr w rozmowie z Magdą Łucyan

- Na początku to była śmierć z głodu. Skupili na małym terenie bardzo dużo ludzi z mniejszych miejscowości, którzy nie mieli środków do życia. Nie mieli nic. Głód zabijał, bo ci ludzie nie mieli za co żyć. Głód był straszny - opowiada Hanna Wehr w rozmowie z reporterką "Faktów" TVN Magdą Łucyan.

Cykl rozmów z ocalałymi z warszawskiego getta powstał w związku z 76. rocznicą wybuchu powstania w getcie warszawskim, która przypada 19 kwietnia.

READ AND WATCH INTERVIEW IN ENGLISH

Hanna Wehr w getcie warszawskim znalazła się w 1940 roku. Miała wtedy 14 lat. Od 1943 roku do końca wojny ukrywała się po stronie aryjskiej.

Pani Hanna zapamiętała, że w getcie panował ogromny tłok. Niemcy do granic możliwości wypełnili dzielnicę zamkniętą przesiedlanymi rodzinami. - Tam było bardzo ciasno, było przeludnienie - wspomina.

Jak podkreśla, głód i śmierć głodowa były na porządku dziennym. - Skupili na małym terenie bardzo dużo ludzi z mniejszych miejscowości, którzy nie mieli środków do życia. Nie mieli nic, nie mieli pracy. Głód zabijał, bo ci ludzie nie mieli za co żyć. Głód był straszny - opowiada w rozmowie z reporterką "Faktów" Magdą Łucyan.

- Dużo żebrzących - mówi pani Hanna. - Było takie zjawisko, że wyrywali jedzenie. Podbiegł i wyrwał, jeśli ktoś coś miał do jedzenia - wyjaśnia. Dodaje, że ludzie postępowali tak "z rozpaczy, z głodu".

Pani Hanna podkreśla, że była wtedy nastolatką i dobrze rozumiała to, co się dzieje wokół niej. - Wojna była, prześladowania. Cóż miałam więcej rozumieć? To mnie też dotknęło - tłumaczy.

Bohaterka rozmowy Magdy Łucyan przypomina, że w 1942 roku doszło do tak zwanej wielkiej akcji wysiedleńczej. - Zapadła decyzja, że wszyscy właściwie mają zostać zabici. Byłam świadkiem jak wywożono ludzi do obozów zagłady - opowiada. Pani Hanna pamięta też tych, którzy skuszeni rozdawanymi przez Niemców racjami żywnościowymi zgłaszali się do tak zwanego przesiedlenia. - Ludzie z głodu się zgłaszali na ten wyjazd - zaznacza.

Wspomnienia, do których pani Hanna wraca z największym trudem, dotyczą między innymi tak zwanych blokad, które polegały na tym, że trzeba było się "gromadzić w jednym miejscu, przejść przez kontrolę" organizowaną przez niemieckich żołnierzy. - Ktoś przeszedł, ktoś nie - tłumaczy. - Na przykład małe dzieci zabierali. Starych - opowiada. - Widziałam na własne oczy, jak kogoś zabili. Chciała kobieta uciec i ją od razu zastrzelili - dodaje.

Jej szczęśliwie udało się przetrwać akcję wysiedleńczą, a potem wyjść z getta z matką.

- Samo wyjście było zorganizowane w taki sposób, że w nocy przechodziło się przez mur. Potem trzeba było sobie radzić. Można było sobie radzić tylko tak, żeby pójść do kogoś, kto pomógł. Ktoś musiał pomóc. Albo trzeba było zostać na ulicy - podkreśla.

- Był rynek fałszywych papierów. Jak się wydostało z getta, można było sobie poradzić. Można było kupić fałszywe dokumenty - mówi.

Ocalała z getta została zapytana o to, jakie przesłanie chciałaby przekazać młodym pokoleniom. - Nie może być tak, że z powodu jakiegoś pochodzenia człowiek jest narażony na prześladowania, na śmierć - powiedziała. - Nie przejmować się ani pochodzeniem, ani wyglądem, ani mową - zaznaczyła. - Ci, których zdradzała mowa czy wygląd, przepadli - podkreśliła Hanna Wehr, wracając myślami do pobytu w getcie.

Autor: tmw/now / Źródło: tvn24