Premium

Iga wkrótce będzie sama chodzić, ale nie szła po to sama

Zdjęcie: TVN24

Szansę na to, żeby ich córka była w przyszłości samodzielna, musieli wydrzeć w sporze z Narodowym Funduszem Zdrowia. - Walka trwała cztery lata. To był bardzo trudny czas, który jednak pokazał mi, że ludzie wokół mają w sobie dużo więcej dobra, niż kiedykolwiek mogłam przypuszczać - opowiada nam Agnieszka Hodun, mama siedmioletniej dziś Igi. Niedługo jej córka będzie samodzielnie chodzić. Spełniło się marzenie, które jeszcze niedawno wydawało się nierealne. 

Mieszkanie na parterze jednego z bloków w Żyrardowie. Drzwi otwierają Agnieszka i Mariusz, rodzice siedmioletniej dziś Igi. Dziewczynka odrabia lekcje w swoim pokoju. Jest trochę zawstydzona, ale stara się być rozmowna. Opowiada o swoich ukochanych chomikach. Obok łóżka stoją cztery klatki, jedna z nich ma strzeliste wieże, przypominające zamek Disneya. - Przywieźliśmy ją ze Stanów - wyjaśnia. Na Florydzie, opowiada, było fajnie, ale już bardzo tęskniła za domem. Zwłaszcza za Ziutkiem, ulubionym chomikiem. 

Gdy rozmawiamy, siedzi przy biurku. Przyglądam się bladym bliznom w pobliżu łokci, które przypominają o serii przebytych operacji. Ponad dwa lata temu, kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, obie ręce miała trwale zgięte pod katem 90 stopni. Lewa noga była zdeformowana, prawa niemal się nie wykształciła.

Teraz jej ręce są w pełni sprawne, a Iga mogłaby nimi założyć protezę i spróbować wykonać kilka kroków. Zanim jednak to zrobi, musi jeszcze przez wiele miesięcy trenować, żeby mięśnie przyzwyczaiły się do nieznanego im wcześniej wysiłku.

Rodzice walczyli cztery lata o sfinansowanie leczeniaTVN24 Łódź

Wiadomość

Jesienią 2019 roku Iga bawiła się na podłodze figurkami z bajki "Psi patrol", a jej rodzice opowiadali mi o przedłużającej się batalii z Narodowym Funduszem Zdrowia, który nie zamierzał opłacać leczenia córki za granicą.

Dzisiaj nastroje w ich rodzinie są zupełnie inne.

- Wie pan, że jeszcze niedawno byłam przekonana, że dobra nie ma? A może nawet i jest, ale na pewno zła jest więcej - Agnieszka Hodun uśmiecha się i kręci głową, jakby niedowierzając, że naprawdę kiedyś tak myślała. 

Szybko jednak poważnieje. - Lekarze, kiedy urodziłam Igę, mówili, że będzie jak roślina - wspomina.

- Co myśli rodzic, jak usłyszy taką wiadomość? - pytam.

- Na początku to nie dociera. Bardziej się człowiek zastanawia, jak to ogarnąć. Pomyślałam, że nie wrócę już do pracy i że nie będziemy mieć drugiego dziecka. No bo jak? - odpowiada pani Agnieszka. 

Kolejna myśl, dodaje, była taka, że wokół niej, na porodówce, są szczęśliwe rodziny. Dzieci pewnie na początku nie będą dawały domownikom spać, może będą płakać albo mieć kolki. Ich rodzice pewnie będą chodzić nad ranem jak zombie, pić dużo kawy i narzekać na wory pod oczami. Ale potem będą telefonem nagrywać pierwsze kroki swoich dzieci, wysyłać filmy do dziadków i obwieszczać, że "mała już chodzi". Później wspólne, coraz doroślejsze zabawy. Z każdym miesiącem coraz większa samodzielność. Po kilku latach wróci im sen na całą noc i pojawi się myśl, że przed ich córką czy synem cały świat stoi otworem. 

- A my tak nie mieliśmy - mówi mama Igi. - Wyobrażałam sobie, co będzie, jak nas zabraknie. I widziałam Igę w Domu Pomocy Społecznej.

Z każdym kolejnym dniem te myśli męczyły ją coraz bardziej, bo córka rosła. Stawała się mądrą i wesołą dziewczynką. Nie była - jak prorokowali wcześniej medycy - "rośliną". Coraz lepiej rozumiała, że różni się od innych dzieci.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo