Premium

Elżbieta Witek odmówiła podania nazwisk prawników. "Postąpiła słusznie. Ochroniła ich"

Zdjęcie: TVN24

- Decyzja Elżbiety Witek tak czy inaczej była arbitralna. Jakie znaczenie ma więc to, kto jej coś radził? Decyzja należała do niej i można zapytać, czy prawidłowo oceniła ona sytuację - mówi dr hab. Wojciech Wiewiórowski. Karolina Wasilewska rozmawia z europejskim inspektorem ochrony danych o tym, gdzie leży granica między prawem dostępu do informacji publicznej a prawem do prywatności.

Karolina Wasilewska: Czy gdyby rodziny polityków miały obowiązek ujawniania swoich majątków, naruszałoby to ich prywatność?

Wojciech Wiewiórowski: Oczywiście, że by naruszyło. Należy jednak zapytać, czy takie naruszenie nie jest niezbędne w demokratycznym państwie prawa i czy jest proporcjonalne do efektu, który chcemy uzyskać. Jeżeli chodzi o małżonków, uważam, że byłoby to możliwe, choć oczywiście ze względu na artykuł 51 Konstytucji RP musiałoby zostać wprowadzone ustawą. Tylko dlaczego mielibyśmy w ten sposób promować pozostawanie w związkach nieformalnych, które zapewne nie podlegałyby już tego typu rozwiązaniom? Generalnie obiektywne określenie, kto jest osobą bliską, jest bardzo trudne. Dlaczego na przykład mój brat miałby podlegać tego typu przepisom? Jednocześnie spotykaliśmy się już w Polsce ze spektakularnymi "sukcesami biznesowymi" rodzeństwa urzędników państwowych. Z drugiej strony, czy fakt, że Jacek Kurski został szefem TVP oznacza automatycznie potrzebę ujawnienia informacji o jego bracie Jarosławie, kluczowej postaci w "Gazecie Wyborczej"? Trudno jest przyjąć jeden obiektywny standard.

Może więc to sądy powinny za każdym razem oceniać, czy w danej sytuacji majątek brata, siostry czy małżonka ma zostać ujawniony?

To ciekawa propozycja. Jestem przeciwnikiem automatyzmu, a zwolennikiem indywidualnych i konkretnych postanowień sądowych. Pytanie jednak, czy sprawdziłoby się to w sytuacji, gdy postanowienia miałyby dotyczyć rodzin wszystkich, którzy dziś podlegają obowiązkowi ujawnienia majątku. Pamiętajmy, że nie mówimy tylko o ministrach, ale i o całym środowisku samorządowym, a nawet o wszystkich kierownikach i kierowniczkach publicznych bibliotek czy przedszkoli.

Zatem jak głęboko w życie prywatne powinna sięgać możliwość dostępu do informacji publicznej? Co na przykład z postulowanymi czasem badaniami zdrowia fizycznego czy psychicznego dla osób na wysokich stanowiskach państwowych?

Tu należy odpowiedzieć na dwa pytania. Pierwsze z nich to, czy osoby zajmujące teoretycznie podobne, a nawet tak samo nazywające się stanowiska, są zawsze w tej samej sytuacji. Drugie, co z dostępem do informacji o zdrowiu.

W kwestii pierwszej, teoretycznie prezydent Warszawy, prezydent Gdańska i wójt dowolnej gminy w Polsce zajmują podobne stanowiska. O ile prezydent Warszawy jest osobą publiczną w każdym miejscu w Polsce, prezydent Gdańska być może też, choć poziom takiej rozpoznawalności jest tym większy, im bliżej Trójmiasta, to wójt osobą publiczną na większości terytorium kraju nie będzie. Dlatego trzeba podjąć decyzję, czy wobec każdej z tych osób stosujemy to samo kryterium, najbardziej zmieniając wtedy sytuację osoby najmniej znanej.

Dr hab. Wojciech Wiewiórowski, europejski inspektor ochrony danych edps.europa.eu

Jeśli chodzi o prawo do ujawnienia informacji o zdrowiu, jestem przeciwnikiem jego automatyzmu i to w przypadku wszystkich osób. Możliwość ujawnienia informacji o swoim zdrowiu zawsze istnieje, a osoba publiczna może ujawnić informacje o swoim zdrowiu, jednak obligatoryjne informowanie o każdej wizycie u psychiatry lub przebytej depresji może doprowadzić do unikania pomocy psychiatrycznej przez polityków lub osoby, które planują aktywność publiczną. A to chyba efekt odwrotny do tego, jaki chcielibyśmy osiągnąć.

Co do osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa, być może obowiązek ujawniania informacji o zdrowiu czy przechodzeniu badań powinien istnieć, ale wyłącznie wobec jakiegoś niezależnego organu, a nie wobec ogółu społeczeństwa. W ten sposób uniknęlibyśmy ryzykownych sytuacji, nie naruszając niczyjej prywatności.

Podczas kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku Donald Trump zaprosił do telewizji lekarza, który prezentował wyniki jego badań. Okazało się, że poziom cholesterolu jest za wysoki, a kandydat zobowiązał się to zmienić. Wyobraża pan sobie takie wydarzenie w Europie?

Oczywiście, że tak. Takie sytuacje występują. Niedawno jeden z polskich europosłów poinformował, że cierpi na poważną chorobę neurologiczną, która może wpływać na jego publiczne zachowanie i utrudnić mu sprawowanie mandatu [były szef MSZ Witold Waszczykowski - red.]. Podobnie na początku tej kadencji postąpiła inna polska europosłanka, informując o swojej chorobie nowotworowej [Janina Ochojska - red.]. Ich decyzją, informacje o ich zdrowiu stały się sprawą publiczną, co należy pochwalić. Pytanie, czy takie postępowanie powinno być obowiązkowe. Byłbym bardzo ostrożny w tej kwestii.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo