Premium

Ofiara księdza Dymera: jego wstrętny oddech czuję do dziś

Zdjęcie: Shutterstock

O wykorzystywaniu seksualnym nieletnich przez księdza Andrzeja Dymera szczecińscy biskupi mieli wiedzieć już w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Dowodów na tę wiedzę nie brakuje. O czynach duchownego głośno opowiadają także ofiary. Dziennikarz TVN24 Sebastian Wasilewski, autor reportażu "Najdłuższy proces Kościoła", rozmawiał z dwoma z nich - ojcem Tarsycjuszem i mężczyzną, który pragnie pozostać anonimowy. Oto zapis wywiadu z drugim z nich.

Jeśli doświadczasz problemów emocjonalnych, jesteś ofiarą przemocy i chcesz uzyskać poradę lub wsparcie, tutaj znajdziesz listę organizacji oferujących profesjonalną pomoc.

OGLĄDAJ REPORTAŻ "NAJDŁUŻSZY PROCES KOŚCIOŁA" >>>

Ofiara księdza Andrzeja Dymera:

Mówię tylko za siebie, bo dzisiaj wiem, że są inni pokrzywdzeni przez niego, którzy mogą chcieć sprawiedliwości na poziomie prawnym, finansowym. Ja, szczerze mówiąc, nie chcę nic od niego i jego pracodawców – kurii. Nie interesują mnie już dzisiaj procesy sądowe, bo moja sprawa została umorzona. Nie doszukano się przemocy, co mnie dziwi i dziwiło później innych prokuratorów.

Ale mam jedno pragnienie: żeby został przeniesiony do stanu świeckiego. Ta osoba nie powinna być księdzem, kapłanem świętego Kościoła katolickiego. Jestem wierzący i trudno mi sobie wyobrazić, jak można być kapłanem, sługą Chrystusa na Ziemi, który dał moc odpuszczania grzechów, rozgrzeszania, sakramentu namaszczenia w momencie śmierci, a jednocześnie być kimś, kto kradnie komuś życie. Nie tylko seksualność, ale całe życie. Zrobił ze mnie wraka. Ordzewił mnie jak stary statek w jednej chwili.

Nie mam innych pragnień co do jego osoby.

***

Rozmawialiśmy w styczniu. Był jedną z osób, które zeznawały przeciwko księdzu Andrzejowi Dymerowi. Został przez niego skrzywdzony, gdy chciał zdawać do liceum, które założył duchowny. Zgodził się na publikację całości rozmowy, pod warunkiem zachowania anonimowości.

Nie doczekał się sprawiedliwości. 16 lutego Andrzej Dymer zmarł, nadal będąc księdzem w Kościele katolickim.

"Najdłuższy proces Kościoła" - zapowiedź"Czarno na białym"

***

Sebastian Wasilewski: Jak pan poznał księdza Andrzeja Dymera?

Ofiara księdza Dymera: Byłem ministrantem w parafii rodzinnej. Chodziłem wtedy do szkoły podstawowej.

Jak się poznaliście?

Służyłem do mszy i w tych okolicznościach go tam poznałem.

Jakie sprawiał wrażenie, jakim wydawał się panu człowiekiem wtedy?

Był serdeczny. Powiedziałbym nawet, że taki zatroskany, nie tylko o mnie, ale i o innych ministrantów. Pamiętam taką sytuację jego dobrego gestu, kiedy chodziłem z nim po kolędzie, po mieszkaniach odwiedzając ludzi. Ministranci mieli puszkę i śpiewaliśmy kolędy. Byłem ja i kolega ministrant. Tego dnia do tej puszki ludzie nam bardzo mało wrzucili pieniędzy. A dla ministranta z tej kolędy to takie dodatkowe było kieszonkowe. To była frajda i jakieś ciekawe doświadczenie.

I tego dnia zapytał, wracając z tej kolędy, ile uzbieraliśmy pieniędzy. Tego nie wiedzieliśmy, chłopcy sobie na klatce te pieniądze liczą najczęściej, między mieszkaniami. Powiedzieliśmy mu, że nie wiemy dokładnie, ale że dość mało dzisiaj. On wyciągnął wtedy z kopert, które dostał od ludzi, dość sporo grubych banknotów, mogło to być 50-100 złotych, i każdemu z nas dał kilka takich banknotów. Dla ministranta to był zastrzyk gotówki, tyle ile przez wszystkie kolędy w danym roku zebrał. Więc on miał gest. Dzisiaj myślę, z punktu widzenia dorosłego człowieka, że tym nas próbował kupić.

Po co? 

Na tamten czas nie miałem pojęcia, co to oznaczało. Dzisiaj mogę się tylko tego domyślać. Wtedy nie odczuwałem, żeby ten kontakt z nim w parafii był jakiś niebezpieczny. 

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo