Premium

Jedzenie w szkole to lekcja. Czego uczą się dzieci, wyrzucając rozgotowany makaron?

- Gdy zobaczyłam dzieci, które przyszły po dokładkę buraczków, prawie popłakałam się ze wzruszenia - mówi Monika Kubisz z Rybnika. Ona już wie, co to znaczy "karmić mądrze". Ale wielu jeszcze nie. Są szkoły, gdzie dzieci mogą jeść tylko widelcem, bo zdaniem dorosłych noże to zbyt wielkie zagrożenie. Co jeszcze czyha na nie w szkolnych stołówkach?

- Długie godziny spędzone w szkole wymagają odpowiedniej dawki energii. Dzieci nie wystarczy jednak nakarmić, trzeba je nakarmić dobrze - podkreśla edukatorka kulinarna Agata Gawska, prezeska fundacji Szkoła na Widelcu, która wspiera placówki we właściwym odżywianiu dzieci.

A dobrze to nie znaczy tylko tak, by brzuchy nie burczały im z głodu i nie zagłuszały myśli na matematyce. To się da w końcu załatwić czipsami czy batonikiem. Ale tego nikt nie nazwałby dobrym żywieniem.

- Posiłki w szkole muszą być smaczne i zbilansowane. Bo ich przygotowanie i podanie to lekcja, która przydatna będzie przez całe życie - podkreśla Gawska. I dodaje: - Kucharki i intendentki są równie ważne co nauczycielki, choć często o tym zapominamy. Ciężko pracują, przy odpalonych palnikach stoją godzinami, nie tylko po to, by uczniowie się najedli.

Co jest więc najtrudniejsze w karmieniu dzieci i młodzieży? - Rodzice! - odpowiadają bez chwili zawahania kucharki, dostawcy żywności i nauczyciele, z którymi rozmawiam.

Jednak gdy pytam rodziców, są oczywiście innego zdania. Godzinami mogą opowiadać o niedoprawionych potrawach, rozgotowanych makaronach, brejach, papkach, smrodach ("bo zapachem tego nie da się nazwać").

Uczniowie z odrobiną zażenowania, ale nie zawsze, bo niektórzy są z tego całkiem dumni, opowiadają o kotletach chowanych za kaloryferami, mleku wylewanym do toalet, ziemniakach wyrzucanych do kosza. Antek z Warszawy dostał na przykład taką uwagę do dzienniczka: "podczas obiadu powiedział koleżance, że ma na talerzu rzygi".

Zofia na zawsze zapamięta obiady, które dostawała aż do wybuchu pandemii w swojej podstawówce. Jej mama pokazuje mi zdjęcie mikrego kotleta, czterech kawałków ogórka i kulki ziemniaków - jako podsumowanie szkolnej diety. Cieszy się, że córka poszła do liceum.

Obiad dla ósmoklasistki z WarszawyArchiwum prywatne

Czy może być inaczej? Zdecydowanie, a powrót do szkół daje szansę na nowe otwarcie. Również w stołówkach.

Od pół wieku pachnie starą ścierką

Jarosław Pytlak, dyrektor Zespołu Szkół STO na warszawskim Bemowie, gdy zapowiadam, że chcę się zająć szkolnym jedzeniem, odsyła mnie do liczącego jakieś pół wieku opowiadania "Jutro klasówka" Edmunda Niziurskiego. Jest tam taki dialog:

- Nie będę jadł dzisiaj obiadu - zawołałem przez drzwi.

- A to co znowu! - zdziwiła się mama.

- Zjadłem już w szkole. Byłem tak głodny, że zjadłem dwie porcje z dokładką.

- W szkole? Co ty opowiadasz?! Mówiłeś przecież, że szkolne obiady pachną starą ścierką.

- Teraz kupili nowe ścierki!

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo