"Zdzisiek umarł, przyjeżdżajcie" - taki telegram do rodziny trzeba wysłać, niech na stypę przyjeżdżają - mówi Martyna Zaremba-Maćkowska, grająca w spektaklu "Zdzisiek" matkę Zdzisława Wardejna. Opowiada on prawdziwą historię aktora znanego między innymi z roli docenta Mariana Wolańskiego w serii filmów "Kogel-mogel".
"Był wszędzie tam, gdzie działa się historia"
W czerwcu 1956 roku Zdzisław Wardejn miał 16 lat. Mieszkał przy ulicy Lubeckiego na Grunwaldzie, uczył się w Technikum Energetycznym. Wychowywany był przez matkę, przedwojenną szlachciankę. Jego ojciec zginął przed jego narodzinami, 16 września 1939 roku.
28 czerwca miał już wakacje. Matka była w pracy w rzeźni, gdzie była księgową, on włóczył się po mieście z kolegą.
"Pchany młodzieńczą ciekawością, był wszędzie tam, gdzie działa się historia: na Targach, które odwiedzili robotnicy, aby obwieścić światu swój protest, na znajdującym się po sąsiedzku Dworcu Głównym PKP, pod opustoszałym gmachem KW PZPR, na Młyńskiej, wreszcie na Dąbrowskiego, gdzie z ostatnich pięter ZUS-u poleciały na bruk urządzenia zagłuszające zachodnie stacje radiowe. To tutaj Wardejn usłyszał pierwsze strzały, dobiegające z ul. Kochanowskiego, gdzie mieścił się Wojewódzki Urząd ds. Bezpieczeństwa Publicznego" - opisuje w programie spektaklu dr Piotr Grzelczak, kierownik Ratusza-Muzeum Poznania, który był konsultantem historycznym spektaklu.
Po zmierzchu ruszył do domu. Około godziny 22 został zatrzymany przy ulicy Polnej przez żołnierza w polskim mundurze, który jednak zwracał się do niego po rosyjsku.
Miał przy sobie mapę, którą zabrał wcześniej z budki milicyjnej. - Były takie kioski informacyjne, które związane były z targami, które są w Poznaniu. W tych kioskach normalnie siedzieli wtedy milicjanci i była tam mapa Poznania. A tę mapę wtedy trudno było dostać, ale tam nie było już nikogo, bo oni uciekli, ci milicjanci. I ja tę mapę zabrałem, żeby sobie popatrzeć, jak wygląda Poznań. Ale się okazuje, jak mnie zaaresztowali, że mam mapę z zaznaczonym punktem koło dworca, gdzie byłem. Więc kombinowali, czy nie jestem przypadkiem, czy to nie był punkt zborny tych rewolucjonistów - opowiadał Wardejn w rozmowie dla Archiwum Historii Mówionej IPN.
Podczas przesłuchań przedstawiał funkcjonariuszom Milicji Obywatelskiej inną wersję wydarzeń. Przede wszystkim pominął w niej fakt, że chodził po mieście z kolegą - twierdził, że był rano pod jego domem, ale tam go nie zastał. Potem wspominał o innym koledze, który zaprosił go na obiad i u którego miał przebywać do godziny 17.
"O godzinie 17.00 wracając do domu spotkałem Aleksandrę, znajomą z zabawy, z którą schroniłem się do bramy pobliskiej ze względu na odbywającą się na ulicy strzelaninę. Przebywaliśmy w tej bramie tak długo, dopóki żołnierze nie wydali sygnału o możliwości wyjścia na ulicę. Następnie udałem się ze znajomą Aleksandrą - której nazwiska nie mogę zapodać - drogą okrężną na ulicę Kościelną, skąd udałem się sam w kierunku miejsca zamieszkania, gdzie zostałem zatrzymany na ulicy Polnej przez patrol wojskowy. W dzisiejszej demonstracji udziału nie brałem" - czytamy w milicyjnym protokole z przesłuchania.
Identyczną wersję wydarzeń przedstawiał podczas przesłuchania przez funkcjonariusza Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa.
Pomyłka w kostnicy
Wardejn najpierw więziony był w piwnicach komisariatu Milicji Obywatelskiej przy ulicy Matejki. Potem przewieziono go na teren lotniska Ławica.
Jego matka, zaniepokojona brakiem syna po powrocie wieczorem z pracy do domu, od rana, gdy tylko zakończyła się godzina milicyjna, zaczęła szukać go w szpitalach i kostnicach.
W kostnicy przy ul. Szkolnej okazano jej ciało szczupłego młodego człowieka z obandażowaną głową. Za sprawą spodenek, które tego dnia miał na sobie Zdzisiek, rozpoznała w nim syna.
Zdążyła zamówić mszę żałobną, kupić trumnę i wysłać telegramy do rodziny. Ta w sobotę zjechała się do Poznania, by wspierać matkę po stracie syna (pogrzeb zaplanowany był na poniedziałek 2 lipca), gdy nagle uslyszeli pukanie do drzwi.
- Dzwonię przy furtce, nagle patrzę, a tam cała moja rodzina z Polski, z wyjątkiem dwóch ciotek. Rodzina wychodzi na ganek i patrzą na mnie. I nie otwierają mi tej furtki. I pytają, czy to ja, bo to już był lekki zmrok. "Zdzisiu, to ty?" A ja mówię: "A kto?". "Nie, naprawdę ty?" I ojciec chrzestny, Napoleon Siemaszko, ruszył jedyny odważny. I otworzył furtkę, zaczął ściskać, płakać. Ja już myślałem, że majątki rodzinie wróciły. Idę i okazuje się, że cała rodzina jest po pogrzebie moim - mówił Wardejn w rozmowie dla Archiwum Historii Mówionej IPN.
Mimo to pogrzeb się odbył, zamówiona msza żałobna została zamieniona na mszę dziękczynną. Wardejn był na niej obecny.
Pochowany w trumnie mężczyzna ubrany został w garnitur i perkalową koszulę, zdobyte przez ciotkę dla Zdzisława.
Jak się okazało, późniejszego aktora pomylono z 25-letnim konduktorem Kazimierzem Wieczorkiem. Zidentyfikowano go dopiero po roku od pochowania. Sam Wardejn formalnie do życia został przywrócony w sierpniu, kiedy sąd odwołał akt jego zgonu. Śledztwo w jego sprawie umorzono.
- Nie mówiłem o tym w szkole, bo to była aż nie do wiary historia. Nie chciałem uchodzić za takiego kłamcę - wspominał Wardejn.
Na kanwie tej historii Teatr Nowy w Poznaniu przygotował spektakl "Zdzisiek".
W czwartek odbyła się prapremiera, po której na scenę zaproszono Zdzisława Wardejna.
- Ta niewinna moja postawa w czasie tych wypadków nagle okazało się, że na lata została i jeszcze musiałem dzisiaj to oglądać - kwitował ze sceny aktor i uczestnik wydarzeń Poznańskiego Czerwca 1956 r..