Na terenie kopalni węgla brunatnego w Galczycach w powiecie konińskim (Wielkopolskie) znaleziono drona. Według nieoficjalnych ustaleń Polskiej Agencji Prasowej dron to prawdopodobnie jeden z tych, które wleciały do Polski we wrześniu ubiegłego roku.
O prawdopodobieństwo takiego scenariusza pytany był w TVN24 profesor Daniel Boćkowski z Uniwersytetu w Białymstoku. Ekspert podkreślił, że wszystko zależy od tego "co to za jednostka, jaki typ i w jakim jest stanie".
- Jeżeli coś od września leżało na terenie kopalni, to zastanawiające, że dopiero teraz zostało znalezione - zauważył. Według gościa TVN24 to mogłoby wskazywać na dwa wnioski. Jednym z nich jest to "jak daleko udało się dostać" maszynom, które przekroczyły polską przestrzeń powietrzną we wrześniu.
- Dla nas to kwestia alarmująca, jeżeli chodzi o nasze bezpieczeństwo i o zdolność penetracji naszego kraju - zaznaczył.
- Jeśli ten dron jest dronem pochodzenia wojskowo-szpiegowskiego, ale nie jest z tego zestawu, który przyleciał do nas we wrześniu, to jest też pytanie, którędy ewentualnie dotarł, kto go używał i w jakim celu - mówił profesor Boćkowski i zwrócił uwagę na strategiczne znaczenie obiektu, jakim jest kopalnia.
To "dzwon Zygmunta dla naszego bezpieczeństwa"
Ekspert stawiał pytania dotyczące miejsca znalezienia maszyny. - Czy rozbiła się, bo skończyło się jej paliwo, czy też miała jakieś inne zadania? I co by było, gdyby tego paliwa było jeszcze trochę więcej? Gdzie by doleciała? - mówił dalej.
Jego zdaniem to "kluczowe dla naszego bezpieczeństwa". - To jest prawdziwy kłopot, bo to oznacza, że w inne miejsca Polski też mogły takie drony się dostać. To zwiększa ilość potencjalnych maszyn, które wkroczyły w naszą przestrzeń powietrzną. I rodzi też pytanie, czy jeszcze jakiejś jednostki gdzieś za jakiś czas nie znajdziemy - kontynuował.
W ocenie Boćkowskiego dron miał prawdopodobnie dodatkowe zbiorniki na paliwo, aby pokonać taką odległość. - Widać wyraźnie, że byliśmy wówczas testowani na wiele sposobów i najpewniej (…) celem było spenetrowanie całej przestrzeni powietrznej i sprawdzenie, jak daleko Rosjanie są w stanie niezauważenie przedostać się - komentował.
Ekspert przyznał, że "nie wykluczałby żadnych scenariuszy", ale zaznaczył, że na ten moment nie można jednoznacznie stwierdzić, że dron spadł we wrześniu. - Jeśli tak, to mieliśmy całkowicie spenetrowaną przestrzeń powietrzną Polski od granicy zachodniej do wschodniej - powiedział. Podkreślił, że inwestowanie w "widoczność i zdolność do postrzegania naszej wschodniej granicy na wszelkich możliwych poziomach jest dla nas krytyczne". - To, co widzimy jest już nie sygnałem alarmowym, nie syreną, ale chyba już dzwonem Zygmunta dla naszego bezpieczeństwa - podsumował gość TVN24.
Okoliczności zdarzenia w Koninie zbada 8. Wydział do spraw Wojskowych Prokuratury Okręgowej w Lublinie.
Opracowała Aleksandra Sapeta /akw
Źródło: TVN24
Źródło zdjęcia głównego: Tomasz Wojtasik/PAP