Mirosława od ponad dwudziestu lat śpi jednym uchem. W pokoju obok leży mężczyzna, nad którym musi czuwać. Gdy będzie potrzebował pomocy, delikatnie zastuka. Nie zawoła.
- Mój mąż jest przykuty do łóżka od dwudziestu jeden lat, a jeszcze nigdy nie miał odleżyn - mówi. Spotykamy się w jej mieszkaniu w Lędzinach. Wtedy jedyny raz widzę jej uśmiech.
W piwnicy ma segregatory. Dokumentacja medyczna. Wyroki. Pisma z urzędów. Korespondencja z ubezpieczycielem.
Na samym wierzchu leżą dwie decyzje.
Pierwsza jest dobra. ZUS przyznaje Januszowi świadczenie wspierające - czyli pieniądze od państwa.
Druga jest zła. Ubezpieczyciel chce je zabrać.
Nie pierwszy raz. Najpierw był dodatek pielęgnacyjny. Później trzynasta emerytura. Teraz to.
Mirosława się denerwuje: - Już myślałam, że wreszcie będzie nas stać na dodatkową rehabilitację. Na lepsze środki higieniczne. Może w końcu na nowe łóżko, bo Janusz leży na tym samym, drewnianym, od ponad dwudziestu lat.
Sto punktów na sto
Janusz dziś jest po sześćdziesiątce. O tym, co go spotkało 20 października 2005 roku, opowiada żona.
- Wszystko szło zgodnie z planem. Dwójka dzieci, własne mieszkanie, dobra praca. Normalne życie. Aż do wypadku - wspomina Mirosława.
- Wie pani, co jest najdziwniejsze? Janusz do dziś pamięta swoją ostatnią myśl przed wypadkiem. Spojrzał na parking, by sprawdzić, gdzie córka zostawiła samochód.
Wtedy, na przejściu dla pieszych, potrąciło go rozpędzone auto. Janusz miał wtedy 48 lat.