W czwartek odbyła się kolejna rozprawa w procesie, który prezydent Karol Nawrocki wytoczył wydawcy Onetu. Proces dotyczy publikacji portalu z maja 2025 roku. Onet, powołując się na relacje świadków, napisał, że Nawrocki w czasach pracy jako ochroniarz w sopockim Grand Hotelu miał uczestniczyć w procederze sprowadzania prostytutek dla hotelowych gości.
Prezydent stanowczo temu zaprzeczył i pozwał wydawcę Onetu o ochronę dóbr osobistych. Sprawa toczy się przed sądem cywilnym. Równolegle Nawrocki złożył prywatny akt oskarżenia o zniesławienie przeciwko autorom tekstu - Andrzejowi Stankiewiczowi i Jackowi Harłukowiczowi. Tę sprawę rozpozna z kolei sąd karny.
Stankiewicz z apelem do "drugiej strony, która stosuje bardzo brudne triki"
Andrzej Stankiewicz, który w sobotę był gościem TVN24, był pytany o kwestię nacisków, jakie mają być wywierane na świadków przez drugą stronę.
- Nie chciałbym mówić o szczegółach, natomiast od początku w tej sprawie było tak, że strona przeciwna bardzo starała się, jeszcze zanim ruszył proces, przede wszystkim ustalić, jaka jest lista świadków. Do tej pory obserwujemy wzmożone zainteresowanie - zwrócił uwagę.
Dziennikarz podkreślił, że "będziemy chronić tych świadków, dlatego że oni wobec nas złożyli pewną deklarację, że występując w tekście, opowiedzą o historii o Grand Hotelu, jednocześnie, że pojawią się przed sądem i będą w tej sprawie zeznawać".
- Apeluję do drugiej strony, która stosuje bardzo brudne triki w tym postępowaniu. Przychodźcie na salę, zgłaszajcie swoich świadków. Macie pełną możliwość zgłoszenia świadków - powiedział Stankiewicz. - Mam wrażenie, że nawet większą niż nasza, bo my byliśmy przez sąd zobowiązani do przedstawienia listy świadków, zanim ruszył proces, pod rygorem niedopuszczenia w czasie procesu żadnych nowych świadków. Druga strona cały czas zgłasza nowych świadków - dodał.
Stankiewicz: w naszej sprawie był przesłuchiwany Olgierd L.
Jak mówił Stankiewicz, bardzo by chciał, żeby "sąd rozumiał to, jak pracowaliśmy, bo to proces o to, czym my pracowaliśmy rzetelnie".
- Punktem wyjścia był ujawniony przez nas raport wewnętrzny Prawa i Sprawiedliwości, który dotyczył podejrzanych kontaktów w otoczeniu Karola Nawrockiego. Ten raport wypłynął tuż po jego nominacji na prezydenta, ale w PiS-ie był znany wcześniej, na etapie podejmowania decyzji, czy on ma być kandydatem - przypomniał.
CZYTAJ WIĘCEJ: Raport o "niebezpiecznych związkach" Nawrockiego. "Rozpoczynamy wielowątkową kontrolę"
Dodał, że pracując z Jackiem Harukowiczem, nad różnymi wątkami z tego raportu, "parę rzeczy ustaliliśmy". Wspomniał, że Harłukowicz pisał między innymi "o kontaktach Nawrockiego z królem gdańskiego środowiska sutenerów, Olgierdem L., pseudonim Olo". - Zresztą, to mogę ujawnić, pan Olo był przesłuchiwany w naszej sprawie. Został z pudła doprowadzony, bo akurat przebywał w Gdańsku w areszcie na Kurkowej i zeznawał w naszej sprawie - przekazał Stankiewicz.
Dodał też, że "Grzegorz H., pseudonim 'Śledziu', neonazista, człowiek, który ma Adolfa Hitlera wytatuowanego na ciele, ma zeznawać w naszym procesie we wtorek".
Stankiewicz, jak sam opowiadał, "zajmował się wątkami trochę bardziej politycznymi". Zaznaczył, że "sprawy dotyczące Grand Hotelu były pewnym finałem naszej pracy".
Stankiewicz: to jest element nacisku
Dziennikarz mówił, że rozumie intencje procesu. - To jest element takiego nacisku. Mniej chodzi o nas, bardziej chodzi o nacisk na innych dziennikarzy - ocenił.
- Za nami stoi silna redakcja, która stoi z nami murem, zapewnia nam pomoc prawną. My jesteśmy w tym sensie gotowi nawet na takie postępowanie wieloletnie - zaznaczył. - Natomiast żaden inny dziennikarz, który nie ma za sobą takiej silnej redakcji, nie podejmie tego typu tematów. I to jest sygnał ostrzegawczy - dodał gość TVN24.
- Druga strona doskonale to wie, że bardziej chodzi o tych, którzy mogliby zacząć badać przeszłość Karola Nawrockiego bardziej - kontynuował. - A tak naprawdę kluczowy jest 2030 rok, czyli starania o reelekcję Karola Nawrockiego - ocenił.
Stankiewicz mówił dalej, że "strona prezydencka, jego adwokaci, starali się doprowadzić do tego, żeby postępowanie cywilne, które teraz ruszyło, zostało wstrzymane do czasu rozstrzygnięcia" procesu karnego.
- Gdybyśmy mieli czekać do momentu rozstrzygnięcia prawomocnego procesu karnego, który jeszcze nie ruszył, to mamy do przodu pięć, sześć lat i dokładnie o tę perspektywę chodzi, żeby wyrok w tej sprawie nie zapadł przed 2030 rokiem. To znaczy, że ta druga strona obawia się potencjalnie tego orzeczenia - powiedział dziennikarz.
Według Stankiewicza "czeka nas kilka lat takiej sądowej ruletki". - Pierwsza instancja, druga instancja, sprawa cywilna, sprawa karna. To będzie trwać latami - podsumował.