"Tej śmierci można było uniknąć". Wstrząsająca relacja kolegów zmarłego fizjoterapeuty

TVN24 | Polska

Autor:
Szymon
Jadczak szymon_jadczak@tvn.pl
Źródło:
tvn24.pl
Zmarł fizjoterapeuta z radomskiego szpitalaTVN24
wideo 2/6
TVN24Zmarł fizjoterapeuta z radomskiego szpitala

Robert był silnym facetem. Ale wirus pokonał go zdumiewająco szybko. Po kilku dniach nie miał już nawet siły rozmawiać ani wysyłać wiadomości. Liczyliśmy na cud, ale cud się nie zdarzył - mówią koledzy z pracy Roberta, zmarłego w czwartek fizjoterapeuty z radomskiego szpitala. I dodają, że temu, co się stało, można było zapobiec. - Męczy nas taka myśl, że nikt za to nie odpowie - mówią w rozmowie z tvn24.pl.

Z udostępnianych dotychczas informacji wynika, że 46-letni fizjoterapeuta z radomskiego szpitala to pierwszy pracownik medyczny zakażony koronawirusem, który zmarł w Polsce. Mężczyzna pracował w Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym na Józefowie w Radomiu.

To placówka, która jest wyjątkowo ciężko doświadczona przez epidemię COVID-19. Od 18 marca - gdy stwierdzono tam zakażenie u pierwszej osoby - do dziś odnotowano tu 210 przypadków, w tym ponad 100 z personelu medycznego.

Już dwa tygodnie temu pracownik szpitala na Józefowie opowiadał w rozmowie z tvn24.pl o ciężkich warunkach pracy. W zeszły czwartek pojawiła się informacja o śmierci jednego z fizjoterapeutów, który chorował na COVID-19. Potwierdziły ją władze placówki.

Mężczyzna miał 46 lat, od niemal 20 pracował na oddziale rehabilitacji. Zmarł po dwóch tygodniach leczenia na oddziale zakaźnym drugiego radomskiego szpitala. Dziennikarzowi tvn24.pl udało się porozmawiać z jego kolegami. Ze względu na ich bezpieczeństwo nie podajemy ich danych ani funkcji, które pełnią w szpitalu.

Poniżej ich opowieść.

"Będziemy mówili o tym, co widzieliśmy na własne oczy"

"Musimy zachować anonimowość. Za rozmowę z dziennikarzami grożą nam poważne konsekwencje. Będziemy mówili o tym, co wiemy, co widzieliśmy na własne oczy. Czego jesteśmy pewni na 100 procent.

Robert pracował tu od początku, od momentu założenia oddziału, przeszło 20 lat. Był fizjoterapeutą, zajmował się pacjentami neurologicznymi. To są ludzie po udarach, po wylewach, po wypadkach. Na oddział rehabilitacji trafiają pacjenci przenoszeni z innych oddziałów - zarówno z neurologii, jak i ortopedii, jak i z miasta. Na oddziale możemy przyjąć ponad 80 osób. 

Robert był wyjątkowy pod jednym względem. On nigdy nie odmówił, jak człowiek potrzebował pomocy. Nigdy niczego nie komentował, nie oskarżał, nie wyrażał się o nikim negatywnie. Zawsze był na miejscu, zawsze był pomocny i dla pacjentów, i dla kolegów w zespole. To był człowiek, który zawsze się uśmiechał i zawsze był pomocny dla drugiej osoby. Nigdy nie był zniecierpliwiony, zawsze czekał. Bardzo lubił się śmiać. Nie bał się ciężkiej pracy. I nigdy nie powiedział, że ma tej pracy za dużo.

Partnerka lekarza pracującego w szpitalu w Radomiu: tam sytuacja jest dramatycznaTVN24

Praca fizjoterapeuty

Na czym polega? Jeżeli jest to pacjent neurologiczny, to z pozycji leżącej, gdy pacjent nie chodzi, ma różne niedowłady, trzeba go doprowadzić do takiego stanu, żeby mógł normalnie funkcjonować, chodzić, wrócić do życia. To jest ciężka fizyczna robota, często zdarzają się pacjenci czterokończynowi, którzy w ogóle nie chodzą, nie ruszają się, mają niedowład i rąk, i nóg, mogą tylko głową poruszać. Takich pacjentów trzeba uruchomić, posadzić, postawić, nauczyć chodzić. To jest ciężka, mozolna praca, gdzie codziennie walczy się o sprawność człowieka. Często nie ma z nimi kontaktu, są to pacjenci z afazją, nie potrafią zrozumieć, co się z nimi dzieje. 

Robert był silnym facetem. Na tym oddziale nie ma miejsca dla kogoś,  kto nie jest silny. To jest zbyt ciężki oddział, żeby ktoś taki podołał. Był straszny stres, praca w tych warunkach była wykańczająca. A Robert pracował do końca.

Decyzje, które nie powinny mieć miejsca

Jak nadszedł koronawirus, to kierownictwo zapewniało nas, że jesteśmy bezpieczni. Nie chcemy oceniać. Niektóre decyzje były dla nas niezrozumiałe, na prosty rozum zwykłego człowieka nie powinny mieć miejsca. Na pewno nie w dobie szalejącego koronawirusa.

Dramatyczna sytuacja w radomskim szpitalu10.04. | Stwierdzonych zakażeń jest już niemal 200, z czego 112 osób z koronawirusem to pracownicy szpitala. - To już nie jest szpital, to bomba biologiczna. Kto się tu pojawi, jest narażony - mówi nam jeden z lekarzy pracujących w Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym w Radomiu. Dyrekcja: zostaliśmy porzuceni na pierwszym froncie bitwy z pandemią, chociaż nie mamy nawet oddziałów zakaźnych.TVN24 Łódź

Przede wszystkim przenosiny pacjentów z oddziału neurologii na nasz oddział w sytuacji, kiedy już ogłoszono ograniczenia w kraju, zamknięto szkoły, ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego. A tu jeszcze przez dwa tygodnie do nas byli przenoszeni pacjenci. Tego najbardziej się obawialiśmy, że jak coś przyjdzie do nas, to z zewnątrz.

Po drugie, zabezpieczenia. Rękawiczek nigdy nie brakowało. Ale personel miał jedną maseczkę na cały dzień pracy. Człowiek się poci, nie może oddychać, musi zdejmować tę maseczkę, żeby zaczerpnąć powietrza. Teoretycznie powinna być osobna maseczka do każdego pacjenta. Zresztą nie było profesjonalnych maseczek, tylko zwykłe bawełniane, szyte w Radomiu przez ludzi dobrej woli w ramach akcji wsparcia dla szpitala. Kombinezonów nie było wcale.

Kolejna rzecz. Personel z naszego oddziału musiał niejednokrotnie chodzić na inne oddziały - gdzie już było zakażenie - po leki, bo u nas nie było leków dla pacjentów, którzy zaczęli nam ciężko chorować.

Nigdy nie przechodził czegoś takiego

Pierwszy przypadek koronawirusa w naszym szpitalu odnotowano 18 marca. Ale na oddziale rehabilitacji niepokojące rzeczy zaczęły się dziać 27 marca, w piątek. Personel zaczął chorować, ludzie mieli gorączkę i kaszel. 29 i 30 marca, czyli w niedzielę i poniedziałek były pobierane wymazy od pacjentów i personelu. Wyniki zaczęły przychodzić we wtorek. Na 17 pacjentów zakażonych było 15. Z personelu w pierwszym rzucie około 10 osób miało dodatnie wyniki.

Robert wtedy już bardzo źle się czuł. Nikt tak ciężko nie przechodził tego jak on. Inni przez trzy dni mieli gorączkę, bolały ich mięśnie, kasłali. A potem wszystko wracało do normy.

Robert od piątku gorączkował, kasłał i bolało go wszystko, kości go bolały. Mówił, że wiele razy przechodził grypę i jest pewien, że to nie grypa. Przeczuwał, że wirus go złapał. Mówił, że nigdy nie przechodził czegoś takiego, że nigdy nie czuł się tak słabo, przez pierwsze dni nie był w stanie się podnieść. I cały czas gorączkował. Niby ta gorączka nie była taka wysoka, do 39 stopni maksymalnie. Ale przez kilka dni nie mógł zbić tej gorączki. Kaszlał bardzo.

W środę, jak przyszły wyniki, Robert poszedł do szpitala na Tochtermana (do Radomskiego Szpitala Specjalistycznego - red.), na oddział zakaźny. Przez pierwsze dni pisał do swoich znajomych, wymieniali wiadomości, dzwonili. Ale on tracił siły, coraz bardziej kasłał. Potem mówił, że już nawet do umywalki nie ma siły dojść, tak szybko opadał z sił.

Cud nie nastąpił

Po kilku dniach Robert nie miał już siły rozmawiać przez telefon ani wysyłać wiadomości. Pierwszy tydzień był jeszcze świadomy, był z nim kontakt. Potem przyszła informacja, że jest pod respiratorem i w śpiączce farmakologicznej. Każdy czekał na cud. Ale cud nie nastąpił. Z dnia na dzień jego stan się pogorszył. Na koniec drugiego tygodnia miał już zajęte większość płuc. Do tego doszła niewydolność nerek. I tyle…  

Robert zostawił dwóch synów. Nigdy na nic nie chorował. Nie palił. Na pewno dużo pracował. Własnymi siłami zbudował dom pod Radomiem. Wszystko robił przy nim sam.

Nikt za to nie odpowie?

Oprócz tego, że wielu z nas ma koronawirusa, to czujemy się fatalnie psychicznie. Trudno sobie poradzić z tym, co się stało. Na miejscu Roberta mógł być każdy z nas. Każdy z nas mógł stracić życie jak on. 

Nie nam to oceniać, ale męczy nas taka myśl, że nikt nie odpowie za to, co się stało. Wiemy, że ten wirus jest nieobliczalny. Ale na nasz rozum można było zapobiec temu, co stało się w szpitalu. Nigdzie indziej ta sytuacja nie wygląda tak dramatycznie. Władze szpitala próbują dziś robić z siebie pokrzywdzonych, ale nikt nie pyta o to, kto doprowadził do tego, że taki olbrzymi szpital został tak zarażony. Bardzo byśmy chcieli, żeby tak po ludzku ktoś się zastanowił, dlaczego do tego doszło. Żeby wyciągnął wnioski na drugą falę koronawirusa, co trzeba zrobić, żeby takich błędów nie popełnić. 

Gdy okazało się, jak wiele osób jest zakażonych, w ciągu kilku dni wszyscy pacjenci zostali przepisani na neurologię. I cały personel, który jeszcze został, też przesunięto na neurologię. Rehabilitacja jest teraz wymyta, zdezynfekowana i czeka, właściwie nie wiadomo na co. Aż my wrócimy? Każdego dnia bijemy się z myślami. Żeby nie wracać, bo nas nie zabezpieczą właściwie i nie będziemy mogli bezpiecznie pracować. Potem, że musimy tam być dla naszych pacjentów. Boimy się. Ostatecznie każdy będzie musiał podjąć decyzję w swoim sumieniu, w swojej głowie".

Odpowiedź szpitala

Oto odpowiedź szpitala na zarzuty ze strony kolegów Roberta przesłana tvn24.pl przez rzeczniczkę Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego Karolinę Gajewską:

"To, że pacjenci po udarach, w momencie kiedy ich stan zdrowia na to pozwala, trafiają z oddziału neurologii na oddział rehabilitacji na tzw. wczesną rehabilitację neurologiczną, jest standardową procedurą. Gwarantem realizacji tych procedur są przepisy ustanowione przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Stan zagrożenia epidemicznego nie zakazywał realizacji tych procedur.

Pracownik każdego oddziału miał zapewnioną maskę ochronną. Ponadto zgodnie z pismem Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Radomiu, personel ma być zabezpieczony w środki ochrony osobistej, czyli w maski, gogle lub przyłbice, fartuchy jednorazowe i rękawiczki jednorazowe. Sanepid nie wskazał konkretnie, w jaką maskę należy zabezpieczyć personel. W piśmie tym nie ma żadnej wzmianki o kombinezonach.

Osobą odpowiedzialną za zaopatrzenie oddziału w leki dla pacjenta jest kierownik zespołu pielęgniarskiego. W wyjątkowych sytuacjach w przypadku braku jakiegoś pojedynczego leku, to nie fizjoterapeuta był odpowiedzialny za jego zdobycie. Leki podają pielęgniarki. Jeżeli zabraknie leku, pielęgniarka dzwoni na inny oddział, czy taki lek jest na stanie tego oddziału. Pożyczenie leku z innego oddziału wiąże się z przejściem do dyżurki pielęgniarskiej, a w tym pomieszczeniu nie ma kontaktu z pacjentami ani zdrowymi, ani zakażonymi. Takiej sytuacji nie można traktować jako ryzyko".

Autor:Szymon Jadczak szymon_jadczak@tvn.pl

Źródło: tvn24.pl