Polska jazda na zderzaku. Autostradowa choroba poza kontrolą

Laserem w miłośników jazdy "na zderzaku"
Jak wyglądają policyjne kontrole odległości między pojazdami na drogach szybkiego ruchu? Sprawdziliśmy
Źródło: TVN24 Łódź

Od trzech lat obowiązuje prawo, które - w założeniu - miało oduczyć kierowców na autostradach i ekspresówkach jazdy na zderzaku, czyli bez zachowania bezpiecznej odległości. Nie pomogło - tragedii spowodowanych przez kierowców nietrzymających dystansu jest coraz więcej, a od zeszłego roku to już najczęstsza przyczyna wypadków na drogach szybkiego ruchu. Policja niby ma sprzęt do walki z tym zjawiskiem, ale brakuje jej ludzi. 

  • W zeszłym roku karano za jazdę na zderzaku średnio 6,26 kierowców dziennie. Tylu kierowców byłby w stanie złapać jeden patrol w ciągu maksymalnie kilku godzin.
  • To oznacza, że w praktyce prawdopodobieństwo otrzymania kary za bardzo niebezpieczne jeżdżenie tuż za pędzącym przed nami pojazdem jest bliskie zeru.
  • Policja odpowiada krótko: nie mamy wystarczającej liczby patroli, żeby porządnie się tym zająć

W nocy z piątku na sobotę na drodze S7 w Borkowie pod Gdańskiem zderzyło się 21 aut, zginęły cztery osoby. Tragiczna sekwencja zdarzeń rozpoczęła się - jak ustaliła prokuratura - od 37-letniego kierowcy tira, który wjechał tył poprzedzającego go auta. Kilka godzin wcześniej na obwodnicy Wrocławia zderzyły się 23 pojazdy, tam na szczęście nikt nie ucierpiał. Starszy aspirant Aleksandra Freus z wrocławskiej komendy miejskiej podkreślała w rozmowie z tvn24.pl tuż po zdarzeniu, że doszło do "efektu domina" - najpierw doszło do kolizji, a potem wpadały na siebie kolejne auta, których kierowcy nie zachowali ani czujności, ani bezpiecznej odległości. 

ZOBACZ REPORTAŻ "Ten płacz zostaje w głowie do końca życia" >>> 

Dzień wcześniej na warszawskiej trasie S8 na wysokości ulicy Księcia Janusza zderzyło się siedem samochodów osobowych i dwie ciężarówki. Zaczęło się od tego, że na ekspresówkę wbiegło dzikie zwierzę. Kierowcy zaczęli hamować, a potem wpadały na siebie kolejne pojazdy. 

Prawo jedno, rzeczywistość drugie

Żeby na drogach szybkiego ruchu nie dochodziło do efektów domina, w czerwcu 2021 roku wprowadzono przepisy wskazujące, ile metrów ma wynosić odstęp między samochodami. Chodzi o to, żeby w razie nagłego hamowania jednego z pojazdów kierowca jadący z tyłu miał czas na to, żeby zareagować. Przepisy wskazują, że nie można jechać bliżej innego auta niż połowa naszej prędkości wyrażona w metrach. Kiedy jedziemy 140 na godzinę, to odstęp musi być co najmniej 70 metrów. Minimalny dystans przy 110 km/h wynosi 55 metrów i tak dalej.

Jak nowe regulacje wpłynęły na rzeczywistość na polskich dorgach? Nijak. Liczba wypadków spowodowanych przez jazdę na zderzaku od lat rośnie. Według policyjnych statystyk, w 2020 roku z tego powodu na autostradach doszło do 70 wypadków, rok później (kiedy wprowadzono nowe regulacje) było ich już 96. 

W 2022 roku było ich już 111, a w zeszłym - już 128. Po raz pierwszy jazda na zderzaku stała się najczęstszą przyczyną autostradowych wypadków, zostawiając w tyle nadmierną prędkość (w 2023 roku z tego powodu doszło do 102 wypadków). 

Przybywa wypadków, do których doszło przez jazdę "na zderzaku".
Przybywa wypadków, do których doszło przez jazdę "na zderzaku".
Źródło: tvn24.pl/KGP

Laserem w kierowców

Żeby regulacje wprowadzone ponad trzy lata temu nie były martwe, każda z komend wojewódzkich dostała urządzenia pozwalające na sprawdzanie odległości między pojazdami. Wygląda bardzo podobnie do tradycyjnej "suszarki", czyli urządzenia służącemu policji do sprawdzania prędkości. 

W 2021 roku poprosiliśmy policję, żebyśmy mogli przyjrzeć się, jak funkcjonariusze kontrolują przestrzeganie nowych przepisów. Ostatecznie musieliśmy udać się do Poznania. Akcja wymagała zaangażowania kilku patroli. Jeden z nich - korzystając z laserowego miernika - sprawdzał odległości między samochodami i nagrywał tych, którzy jechali innym na zderzaku. 

szeryf drogowy1
Kierowca bmw chciał dać nauczkę kierującej innym pojazdem
Źródło: Patryk z Gdańska

Informacje te były przekazywane do funkcjonariuszy stojących kilka kilometrów dalej - w miejscu, gdzie można bezpiecznie zatrzymać i radiowóz i namierzonych. W przypadku akcji poznańskich policjantów takim miejscem jest punkt poboru opłat w Gołuskach.

- Tego typu akcje prowadzimy do teraz. Policjanci sprawdzają odległości między pojazdami raz w tygodniu - mówi nam młodszy inspektor Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji. Dodaje, że "problem jest powszechny", bo podczas jednej, trwającej kilka godzin akcji funkcjonariusze są w stanie namierzyć i ukarać kilkudziesięciu kierowców.

Czytaj też: Jak sądy skazywały Łukasza Ż.? Dotarliśmy do wyroków

- Maksymalna kara za wykroczenie, jakim jest brak bezpiecznego odstępu to 500 złotych i sześć punktów karnych - dodaje Andrzej Borowiak.

Podkreśla, że w Wielkopolsce akcje byłyby organizowane częściej, gdyby nie braki kadrowe. 

Kropla w morzu

Problem w tym, że niezadowolona z liczby kontroli Wielkopolska wypada znakomicie na tle reszty kraju, która - jak wynika z danych udostępnionych nam przez Komendę Główną Policji - nie robi niemal nic, żeby walczyć z plagą kierowców jeżdżących na zderzaku.

Skoro wielkopolska policja raz w tygodniu przeprowadza akcję i podczas każdej nakłada karę na kilkudziesięciu kierowców (dla bezpieczeństwa przyjmijmy, że ukaranych średnio jest 10), to rocznie liczba mandatów powinna wynosić około pięciuset.

TICKER_OK_BLUR_OK
Jazda "na zderzaku" na S8
Źródło: Sławomir/Kontakt 24

Tymczasem Komenda Główna Policji przekazała, że w całym roku 2023, policjanci w całej Polsce za brak bezpiecznego odstępu ukarali 2285 kierowców. Czyli sama Wielkopolska "wyrabia" niemal jedną czwartą. To jednak nie koniec złych wieści. W tym roku - od 1 stycznia do 20 października - liczba ukaranych za to samo kierowców wynosi 1796.

Co nam mówią te dane? Że liczba kontroli jeszcze bardziej spadła. W zeszłym roku karano średnio 6,26 kierowców dziennie, a w tym - proporcjonalnie - już tylko 6,06. Tylu kierowców byłby w stanie złapać jeden patrol w ciągu maksymalnie kilku godzin. Jeden patrol, przez kilka godzin, w skali całego kraju.

W komendach hula wiatr

Z czego może wynikać ten problem? Przede wszystkim z faktu, że w Polsce brakuje policjantów. Obecnie jest ponad 14 tysięcy wakatów, głównie w prewencji. Największa dziura kadrowa jest w stołecznej policji, gdzie - od ręki - policja byłaby gotowa zatrudnić prawie 2,5 tys. funkcjonariuszy (czyli blisko jedną czwartą całego składu).

Policjantów brakuje też na Śląsku (1700 wakatów) i w woj. łódzkim (ok. 900). 

Dlaczego tak jest? Z powodu braku pieniędzy. Szef KGP nadinspektor Marek Boroń podkreśla, że budżet policji od lat nie jest doszacowany, a środki, które otrzymuje formacja, nie pokrywają kosztów, które faktycznie ponosi. - Potwierdzają to raporty Najwyższej Izby Kontroli. Policja od lat musi przesuwać pozycje w planie budżetowym i łatać dziury, żeby móc funkcjonować. Policjanci muszą mieć odpowiedni sprzęt i warunki do pełnienia służby. Każdego dnia realizujemy od 15 do 20 tysięcy interwencji. Skala pokazuje, jak bardzo eksploatujemy naszą flotę, nasze wyposażenie - zaznaczył.

Komendant dodał, że policja jest "w bardzo trudnym momencie".

- Robimy wszystko, by stan wakatów nie wpływał na bezpieczeństwo wewnętrzne w kraju, ale nie ma co ukrywać, że sytuacja wymaga pilnych działań - podkreślił Komendant Główny.

Czytaj także: