Mieszkanka Mielca (Podkarpacie) została przewieziona do szpitala z objawami choroby. Powiedziała, że miała kontakt z mieszkańcem kraju tzw. "strefy czerwonej", więc skierowano ją na oddział zakaźny. Kobieta jednak wyszła z placówki. Na poszukiwania ruszyli policjanci.
NAJWAŻNIEJSZE INFORMACJE O KORONAWIRUSIE. RAPORT TVN24.PL >>>
Chora została przewieziona karetką na SOR w sobotę. – Miała kaszel i katar, ale bez gorączki. Powiedziała jednak, że miała kontakt z mieszkańcem kraju "strefy czerwonej", chyba Tajlandii, więc skierowano ją na oddział zakaźny - tłumaczy Urszula Chmura, rzeczniczka prasowa mieleckiej policji.
Czerwona strefa oznacza, że w danym miejscu obowiązuje kwarantanna.
Kombinezony i specjalny radiowóz
Mieszkanka Mielca, jak relacjonuje policjantka, zamiast udać się na oddział zakaźny po prostu wyszła ze szpitala. Kiedy lekarze zorientowali się co się stało, wezwali policję. – Kobieta udała się do miasta. Została zatrzymana kilkanaście minut później na jednym z osiedli – przekazuje Chmura.
Rzeczniczka policji uspokaja, że policjanci biorący udział w akcji byli ubrani w kombinezony. W każdej jednostce policji jest też radiowóz przeznaczony specjalnie do zadań "koronawirusowych" i właśnie takim pojazdem pacjentka została odwieziona z powrotem do szpitala.
Mieszkanka Mielca została przebadana na obecność koronawirusa, zakażenia nie stwierdzono.
Jak tłumaczy Chmura, "uciekinierce" nic nie grozi za tę eskapadę. – Ta pani nie była oficjalnie osobą zakażoną, nie była objęta kwarantanną – wyjaśnia rzeczniczka.
W przypadku złamania rygoru kwarantanny grozi do pięciu tysięcy złotych grzywny.
Autorka/Autor: wini/gp
Źródło: TVN 24 Kraków