W SMS-ach czytamy: "Naruszenie danych w [nazwa przychodni] może obejmować PESEL, dane o zdrowiu. Ryzyka: kredyt - Zastrzeż PESEL; bezprawne użycie danych, oszustwa, gorsze traktowanie (...)". Placówki rozsyłają również e-maile z rozszerzoną informacją o naruszeniu.
Ekspert przeanalizował SMS-y
Tomasz Turba, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa sekurak.pl, przeanalizował dla tvn24.pl SMS-y, które dostają pacjenci.
Oto pięć najważniejszych wniosków:
- Incydent bezpieczeństwa systemu MyDr jest rzeczywisty i dotyczy danych przetwarzanych przez wiele placówek medycznych.
- Analizowane SMS-y są z dużym prawdopodobieństwem autentycznymi powiadomieniami związanymi z tym incydentem, ale nie jest wykluczone, że to próba oszustwa, która może mieć kontynuację w postaci komunikacji telefonicznej, na przykład: "Wysłaliśmy do Państwa wczoraj SMS, jednak przestępcy włamali się na konto, musimy zabezpieczyć Państwa pieniądze przelewając je na specjalne konto techniczne Policji".
- Nazwa nadawcy Twoje Dane jest nietypowa, ale sama w sobie nie przesądza o oszustwie.
- Różnice między komunikatami można wyjaśnić automatycznym podstawianiem nazwy placówki, różnym zakresem danych, podziałem pacjentów na grupy i etapową wysyłką.
- Treść SMS-a jest słaba redakcyjnie i niepełna jako samodzielne zawiadomienie o naruszeniu. Powinna być uzupełniona pełną informacją placówki lub MyDr. Na ten moment jest to nieudana próba komunikacji bądź początek większego wektora ataku z kontynuacją w tradycyjnej rozmowie telefonicznej.
Wyciek danych z MyDr
Cyberatak na MyDr objął około 12 tysięcy publicznych i prywatnych placówek, a liczba potencjalnie poszkodowanych może sięgać 19 milionów. Wiadomości SMS zaczęły trafiać do pacjentów niemal miesiąc po wycieku.
Ekspert do spraw cyberbezpieczeństwa Adam Haertle wyjaśnił, że różnice między komunikatami wynikają z odmiennego zakresu ujawnionych danych, zależnego między innymi od tego, czy dotyczą one pacjenta, rodzica dziecka czy osoby upoważnionej do odbioru wyników.