Do Szpitala św. Rodziny przy ul. Madalińskiego pani Kalina trafiła 8 grudnia. Miała przejść profilaktyczny, zaplanowany zabieg ginekologiczny.
Sam zabieg - jak słyszeliśmy od męża kobiety, a ten od lekarza prowadzącego ciążę - przebiegł prawidłowo, a problemy - zaburzenia oddychania - zaczęły się dopiero po jego zakończeniu.
Z informacji, które uzyskaliśmy z naszych źródeł, wynika, że w urządzeniu podającym gazy medyczne najprawdopodobniej nieprawidłowo podłączono węże. Gdy stan pacjentki zaczął się pogarszać, personel próbował podać jej tlen przez maskę, jednak ze względu na powyższy możliwy błąd - z urządzenia zamiast tlenu najpewniej wydobywał się podtlenek azotu. Według naszego informatora, zamiast kobietę ratować jeszcze bardziej ją usypiano.
Akcja reanimacyjna trwała 12 minut, zanim udało się przywrócić krążenie i oddech. Jak się dowiedzieliśmy, na salę miano wezwać drugiego anestezjologa. Pacjentkę zaintubowano, a następnie wentylowano workiem samorozprężalnym (tzw. ambu), odłączając ją od kolumny anestezjologicznej.
Mąż zmarłej, pan Hubert, był w kontakcie z żoną do ostatnich chwil przed zabiegiem. Jak mówił 9 stycznia w rozmowie z dziennikarzami "Superwizjera" i tvn24.pl: - Jak wstała rano, to napisała, że przyszły pielęgniarki, podczepiły kroplówki. Po ósmej dostałem ostatnią wiadomość, że za chwilę ją biorą.