Zegar tyka od lat. Bośnia i Hercegowina tylko krok od wybuchu?

TVN24

Aktualizacja:

Studenci, bezrobotni i byli żołnierze; muzułmanie, prawosławni i katolicy; Boszniacy, Chorwaci i Serbowie. Wszyscy wyszli na ulice miast Bośni i Hercegowiny; wszyscy ze wściekłości, niemocy i poczucia opuszczenia przez państwo, polityków, urzędników. Wyszli, by pokazać, jak kraj, w którym żyją, rozpada się. Po ogromnej skali protestów widać, że mają dosyć czekania na zmiany. Co właściwie dzieje się w Bośni?

Bośnię i Hercegowinę zamieszkują trzy narody: Chorwaci, Serbowie i przede wszystkim Boszniacy. Ci ostatni są muzułmanami żyjącymi tam od setek lat. Od 40 lat stanowią już oddzielny, oficjalnie figurujący w konstytucji naród (pierwszy raz umieścił ich tam rządzący niegdyś Jugosławią marszałek Josip Broz Tito w 1974 r.). Wszystkie te narody łączy historia, która znalazła swój tragiczny finał w czasie wojny lat 1992-95. Dzisiaj, prawie 20 lat po zakończeniu walk i czystek etnicznych, tragedia znów zagościła w ich życiu. Wspólnie stanowią części składowe najbiedniejszego społeczeństwa w Europie, które z każdym rokiem jeszcze bardziej biednieje.

Bośniacy mają dość. Bezrobocie szaleje

Bezrobocie w Bośni i Hercegowinie, według różnych szacunków, sięga od 35 do nawet 45 procent. Państwo nie ma pieniędzy, by zadbać o obywateli, ale równocześnie utrzymuje najbardziej rozbudowany aparat urzędniczy na Starym Kontynencie. Ten został stworzony po to, by każda z grup etnicznych – od poziomu samorządowego po najwyższe szczeble władzy – miała swoje przedstawicielstwo i nie czuła się pokrzywdzona względem innych. Europejski pomysł na pokój w powojennej Bośni przyniósł efekt tylko w dziedzinie matematyki. BiH to przykład państwa sparaliżowanego na poziomie instytucjonalnym, którego obywatele mają dosyć.

Ich protesty przetaczające się od kilkunastu dni przez ponad 30 miast – mimo często różnych haseł przebijających się w tłumie złożonym z przedstawicieli różnych narodów – sprowadzają się zasadniczo do dwóch żądań: końca "urzędniczej dyktatury" (termin bardzo pojemny, ale odnoszący się do konkretnych danych przytoczonych poniżej) i przywrócenia pracy lub wypłaty odszkodowań za zaległe pensje od państwowych przedsiębiorstw, które po prywatyzacji zaczęły masowo zwalniać całe załogi.

Urzędnicy pożerają pieniądze państwa

Obywatele Bośni nie tworzą jednego społeczeństwa. Tym, co spowodowało, że wyszli na ulice, jest wściekłość, którą kierują wobec wąskiej w sensie proporcji, ale liczącej dziesiątki tysięcy w ujęciu realnym, "kaście" urzędników stanowiących prawo i kierujących instytucjami państwa.

W Bośni i Hercegowinie podzielonej na część chorwacko-muzułmańską, serbską i autonomiczny, mały dystrykt Brczko na północy kraju - poza trzema prezydentami kraju zmieniającymi się rotacyjnie co 8 miesięcy, dwoma prezydentami Federacji BiH, jednym Republiki Serbskiej, rządem centralnym w Sarajewie i rządami Federacji i Republiki działającymi przy regionalnych parlamentach – działają też rządy posiadających znaczną autonomię kantonów, które w uproszczeniu można porównać do polskich województw. Z racji parytetów narodowościowych, urząd funkcjonujący na którymkolwiek z poziomów instytucji państwa, prawie zawsze musi zatrudniać na jedno stanowisko trzy osoby różnych narodowości.

W rezultacie Bośnia jest krajem, w którym funkcjonuje prawie 200 ministrów mających tysiące zastępców. Do nich dochodzi około 100 organizacji i firm związanych z działalnością urzędów. Ta grupa ludzi na utrzymanie całej machiny urzędniczej kraju wydaje aż 40 proc. PKB w skali roku. Zwykli obywatele żyją więc w przeświadczeniu, które trudno ignorować, że cała Bośnia istnieje tylko po to, by utrzymywać urzędników.

Administracja w Bośni paraliżuje państwo
TVN24 Biznes i Świat

Korupcja i brak działań

Kontrolują oni życie społeczne i gospodarcze pilnując tego, by żadnej z grup etnicznych w którymkolwiek regionie nie żyło się lepiej od innych, by dysproporcje między obywatelami obracającymi się w innych kręgach kulturowych nie były zbyt wyraźne. Do urzędników upodobniają się też sami politycy, bo w radach wiejskich, miejskich, na poziomie kantonów czy samych parlamentów Federacji, Republiki i całego kraju muszą oni szukać dodatkowego zaplecza do przeforsowania swoich projektów.

Serwis agencyjny Balkan Insight, skupiający dziennikarzy śledczych i reporterów opisujących od lat sytuację na Bałkanach, co kilka miesięcy próbuje podsumowywać sytuację w Bośni i Hercegowinie i stale zwraca uwagę na to, że jedyną drogą do zrealizowania jakiegokolwiek projektu w gospodarce (czy jest to otwarcie sklepu z pamiątkami, czy nowa fabryka) stają się łapówki. Przedsiębiorcy, którzy mogliby inwestować w zatrudnienie ludzi i rozwój, tracą pieniądze na przekupywanie urzędników i polityków bez których nie daje się załatwić potrzebnych licencji i zezwoleń. Nawet jednak łapówki niewiele załatwiają.

Organizacje pozarządowe pracujące w Bośni - o których Balkan Insight wspomina często - monitorujące działania instytucji państwowych, urzędów i regionalnych władz, wskazują w swoich raportach z ostatnich lat, że w ujęciu procentowym politycy i samorządowcy doprowadzili do finalizacji 20, 30, a tylko niekiedy około 50 proc. zadań i projektów, do jakich zobowiązali się w czasie swych ostatnich kampanii wyborczych.

Bośnia w tyle za innymi krajami regionu
TVN24 Bizes i Świat

Urzędnicy z innego świata

Wystąpienia, jakie zaczęły się 4 lutego w Tuzli na północy kraju, a potem rozlały na resztę Federacji Bośni i Hercegowiny (Republika Serbska pozostała względnie spokojna) dla wielu obserwatorów, m.in. w samej Unii Europejskiej sprawującej pieczę nad krajem w postaci kontrolującego politykę wewnętrzną tworu zwanego Wysokim Przedstawicielstwem, okazały się jednak szokiem.

Nikt albo prawie nikt nie spodziewał się tego, że kraj leżący na Bałkanach, które zawsze były biedne (jak na standardy europejskie), a jednak (jakoś) sobie radziły, pojawi się na czołówkach gazet w tak jednoznacznie przykrej i niepokojącej perspektywie 18 lat po zakończeniu wojny.

Sarajewo szczęśliwe? Mieszkańcy sądzą inaczej

Do protestów nie byli nawet przygotowani miejscowi politycy, o czym świadczą wystąpienia ostatnich dni. W nich czołowi politycy parlamentu w Sarajewie (Skupsztiny), a także liderzy większości partii wchodzących w skład koalicji rządowej w części federacyjnej kraju winą za zamieszki obarczyli "chuliganów" i "ekstremistów".

Na początku lutego premier Federacji BiH Nermin Nikszić poprosił mieszkańców Tuzli o powrót do swoich domów i skupienie się na "pokojowym rozwiązaniu konfliktów". Szef rządu kantonu w Sarajewie stwierdził tymczasem stanowczo, że "w jego mieście nikt nie ma powodu do odczuwania braku satysfakcji" z życia.

W odpowiedzi na to, młodzi Chorwaci i Boszniacy ze stolicy za pośrednictwem portali społecznościowych zorganizowali już następnego dnia potężną manifestację, która przerodziła się w zamieszki. Zaatakowano budynki władz lokalnych oraz siedzibę chorwackiego i boszniackiego prezydenta Federacji. Nazywając urzędników "ignorantami" protestujący dali w bardzo oczywisty sposób sygnał, że – w ich ocenie – nawet najważniejsi urzędnicy w państwie nie rozumieją, w jakim położeniu w ostatnich latach znaleźli się obywatele.

Wybuch w centrum, dymisja szefa policji

W poniedziałek 10 lutego kilkaset osób znów pojawiło się pod wspomnianymi budynkami, domagając się dymisji premiera kantonu oraz rządu Federacji BiH. To też jest wspólny mianownik pozwalający ocenić protesty jako ogólny ruch oburzenia obywatelskiego. W miastach, w których do nich doszło, rządzą bowiem często bardzo różne partie polityczne tak z boszniackiej jak i chorwackiej, i serbskiej strony miejscowej sceny politycznej.

Protestujący nie mają liderów. Są po prostu wściekli
TVN24 Bizes i Świat

Na razie jedyną osobą, która zdaje się rozumieć powagę sytuacji, jest były już szef policji w sarajewskim kantonie. Po usłyszeniu od prezydentów Federacji, że ci mimo zniszczeń w budynku zamierzają do niego wrócić w poniedziałek i dalej sprawować swój urząd, złożył dymisję tłumacząc, że "nie jest w stanie zapewnić im bezpieczeństwa" i tego zadania "nie chce się już podejmować".

W poniedziałkowy wieczór pod halą widowiskowo-sportową, w której 30 lat temu w czasie igrzysk w Sarajewie sportowcom wręczano medale, wybuchł ładunek o dużej sile. Winni nie zostali na razie zidentyfikowani, nikt nie został ranny, ale co równie istotne - mieszkańcy miasta, którym eksplozje kojarzą się z okresem jego oblężenia przez serbskie wojska w latach 90-tych, tej atmosfery już wyraźnie się boją. Miejscowy dziennik "Dnevni Avaz", Radio Sarajewo i portal Klix.ba odnotowały, że miasto z reguły żyjące po zmroku od kilku dni wygląda chwilami na "opuszczone".

Prywatyzacja: tysiące ludzi na bruku

Drugim obok "urzędniczej dyktatury" powodem, dla którego ludzie wyszli na ulice, jest brak reakcji tych właśnie urzędników na postępującą przez lata prywatyzację państwowych przedsiębiorstw, do jakiej doszło na masową skalę po 1998 roku. Protestujący w Tuzli - niegdyś prężnym ośrodku przemysłu, a w sferze kulturowej mieście "postępowym", na które z zazdrością patrzyło nawet Sarajewo, ale też w innych miastach Federacji BiH - stali się ofiarami zmian gospodarczych.

Prywatne przedsiębiorstwa, które zwolniły w ostatnich latach kilkadziesiąt tysięcy ludzi, są jednak "nie do ruszenia". Politycy i urzędnicy jak mantrę od lat powtarzają stwierdzenie, że "nie mogą ingerować w prywatną własność" i zmusić nowych właścicieli do przejęcia obowiązków, z jakich powinno było się wywiązać państwo. Wobec argumentów wysuwanych przez ludzi, że sami to państwo i jego literę prawa stanowią, politycy milczą lub zrzucają konsekwentnie odpowiedzialność za fatalną sytuację gospodarki na dawne ekipy. Według danych przywoływanych w ostatnich dniach przez niemiecki kanał informacyjno-biznesowy Deutsche Welle, aż 80 proc. zakładów sprywatyzowanych w Bośni zostało zamkniętych.

UE jeszcze nie reaguje, ale będzie musiała?

"To początek arabskiej wiosny w Europie", "Wkrótce zobaczycie tu drugą Ukrainę" - takie zdania wypowiadane w czasie manifestacji i wystąpień tłumów wszystkich protestujących miast Federacji BiH, cytowane przez miejscowe, ale i zagraniczne media w ostatnich dniach na razie mogą wydawać się na wyrost. Komentarze podobne choćby do tego pierwszego sugerują jednak tkwiące wciąż u podstaw podzielonego wewnętrznie kraju, dominujące i tylko niekiedy skrywane kwestie narodowe (w tym przypadku boszniackie z racji bliskości kulturowej z Turcją i krajami arabskimi). Kwestie etniczne – w najgorszym i najbardziej niebezpiecznym ze scenariuszy – znów mogłyby odżyć na fali społecznego oburzenia.

Unia Europejska, która wzięła na siebie 18 lat temu pełną odpowiedzialność za wyprowadzenie Bośni i Hercegowiny na prostą, od lat chowa głowę w piasek. Europejscy politycy boją się nawet myśleć o Bośni, ale jeżeli dojdzie w niej do wybuchu, jeżeli na Bałkanach rozpocznie się "bośniacka wiosna", to o wiele szybciej niż w przypadku Ukrainy potrzebny będzie plan działania.

Od ubiegłej soboty w Bośni jest o wiele spokojniej, ale w poniedziałek w Belgradzie w sąsiedniej Serbii odbył się "marsz solidarności" z tymi, którzy wyszli na ulice Tuzli, Sarajewa, Mostaru czy Bihacia. W pochodzie szli młodzi ludzie mówiący, że nigdzie na Bałkanach nie żyje się łatwo i wszyscy chcą zmian. Znów trzeba zacząć się przyglądać temu, jak wygląda południe Europy, żeby nie dać się zaskoczyć.

Protestujący nie mają liderów. Są po prostu wściekliTVN24 Bizes i Świat
wideo 2/5

Autor: Adam Sobolewski/mtom / Źródło: tvn24.pl

Tagi:
Raporty: