Świat

Putin przegrywa Ukrainę i milczy. Cisza przed burzą?

Świat


Ukraińska ofensywa w Donbasie ograniczyła pole manewru władz rosyjskich. Im bardziej kurczy się stan posiadania separatystów, tym większa presja na Władimira Putina aby dokonał wyboru: wojna albo pokój z Ukrainą. W obu wypadkach przegra. Jedynym ratunkiem dla "projektu Noworosja" jest więc ponowne ogłoszenie rozejmu w Donbasie. Dlatego Moskwa naciska Berlin i Paryż, żeby zmusiły do tego Petra Poroszenkę.

Rozpoczęta w ostatni weekend ukraińska ofensywa zaskoczyła Rosję. Władimir Putin i jego dyplomacja do ostatniej chwili byli pewni, że Petro Poroszenko po raz kolejny przedłuży rozejm, co pozwoli dalej „zamrażać” konflikt i przekształcać Donbas w „ukraińskie Naddniestrze”.

Nawet kiedy Kijów ogłosił, że nie przedłuży zawieszenia broni i operacja antyterrorystyczna (ATO) formalnie została wznowiona 1 lipca rano, Moskwa wciąż liczyła na kolejny rozejm. Co prawda natychmiast z jej strony popłynął strumień komunikatów potępiających Ukrainę za wznowienie „zabijania niewinnych cywilów” (choć przecież ludzie ginęli także w czasie 10 dni „rozejmu”), ale zarazem – co charakterystyczne – złagodniał wyraźnie ton rosyjskiej propagandy. Takie określenia, jak „junta” czy „faszyści” niemal zniknęły z publicznego dyskursu. Zwłaszcza, że po spotkaniu w Berlinie 3 lipca wydawało się, iż Poroszenko wróci do rozejmu.

(Wreszcie) sprawna ATO

Tymczasem ruszyła ofensywa ukraińska - w nocy z 4 na 5 lipca. W kilkadziesiąt godzin rebelianci stracili Słowiańsk, Kramatorsk i kilka innych miejscowości w północnej części obwodu donieckiego. To był pierwszy większy sukces sił ukraińskich od odbicia Mariupola (13 czerwca).

Zajęcie Słowiańska, nieoficjalnej „stolicy” separatystów, i Kramatorska ma ogromne znaczenie psychologiczne. To właśnie te dwa miasta były pierwszymi zajętymi przez separatystów – bez wystrzału – w połowie kwietnia. Tutaj bazowało wojskowe dowództwo rebelii (Striełkow), stąd separatyści zagrażali zbrojnymi rajdami sąsiednim obwodom: dniepropietrowskiemu na zachodzie i charkowskiemu na północy.

Trudno nie zauważyć, że odzyskanie inicjatywy przez siły rządowe i zepchnięcie separatystów do defensywy było możliwe dzięki głębokim zmianom w prowadzeniu ATO przez Kijów.

Pierwsze owoce przynosi wreszcie weryfikacja kadr służb specjalnych i wojska przyspieszona po wyborze nowego prezydenta. Poroszenko dał pierwszeństwo regularnej armii, mniej zinfiltrowanej przez Rosję i zepsutej rządami Janukowycza niż SBU. Ochotnicy i Gwardia Narodowa idą teraz w drugim szeregu, ciężar walk wzięły na siebie elitarne jednostki wojskowe. To wojskowi, a nie SBU podejmują najważniejsze decyzje i nietrudno zauważyć, że od razu wiedza separatystów o kolejnych ruchach sił rządowych natychmiast zmalała. Przypieczętowaniem tych zmian było decyzje personalne Poroszenki na samym szczycie wojska – wymiana ministra obrony i szefa Sztabu Generalnego zbiegły się w czasie z ofensywą w Donbasie.

Rozejm był błędem

Sukces ukraińskiego natarcia pokazał, że błędem – z militarnego punktu widzenia – był poprzedzający je rozejm. Być może ogłaszając go Poroszenko zdobył punkty na Zachodzie, zwłaszcza UE, pokazując dobrą wolę. Ale z drugiej strony 10 dni wstrzymania działań przez wojsko dało rebeliantom czas na przegrupowanie i wzmocnienie. Rozejm może miałby też i militarny sens, gdyby to Kijów kontrolował granicę z Rosją. Tymczasem przez duży jej odcinek, opanowany przez separatystów, przez cały okres zawieszenia broni szły z Rosji dostawy broni i setki uzbrojonych ludzi.

Przypomnijmy że Poroszenko ogłosił 7-dniowy rozejm 20 czerwca, a potem przedłużył go do 30 czerwca. Separatyści też ogłosili wstrzymanie ognia 23 czerwca, ale go nie przestrzegali. Późnym wieczorem 30 czerwca Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony postanowiła nie przedłużać rozejmu. Nie ma się temu co dziwić. Raczej dziwi, dlaczego Poroszenko tak długo tolerował transfer broni i najemników przez granicę rosyjską, łamanie rozejmu przez rebeliantów i ich ignorowanie rozmów pokojowych. W czasie 240 godzin „rozejmu” rebelianci atakowali pozycje ukraińskie, zabijając w tym okresie co najmniej 27 ukraińskich żołnierzy (18 w dniach 20-27 czerwca, 9 podczas przedłużonego rozejmu, czyli 27-30 czerwca) i raniąc co najmniej 69.

Zawieszenie broni spotkało się z szeroką krytyką na samej Ukrainie – ze strony wojskowych ekspertów i wpływowych komentatorów politycznych. Zwracano uwagę, że w momencie ogłoszenia rozejmu rebelianci byli zepchnięci do defensywy. 10 dni oddechu od ofensywy ukraińskiej pozwoliło im przegrupować się i dozbroić. Zdaniem części ekspertów, gdyby Poroszenko znów przedłużył rozejm, separatyści gotowi byli rozszerzyć swoje działania poza Donbas – najprawdopodobniej na obwód charkowski.

To dlatego tak bardzo Rosji zależało na przedłużeniu zawieszenia broni.

„Pokojowa” gra Rosji

Tak naprawdę Kijów ogłosił rozejm 20 czerwca bo uległ presji – wspólnej – Rosji i Niemiec. Co więcej, pod tym naciskiem Poroszenko zgodził się nawet na rozmowy z separatystami w Doniecku (23 czerwca). Prezydent Ukrainy uznał, że w tej sytuacji musi wykonać gest dobrej woli i zademonstrować pokojowe intencje aby utrzymać polityczne poparcie UE. To poparcie ma ograniczony charakter i jest warunkowe – z powodu dominacji niemieckiej w Unii.

Nic dziwnego, że reakcja Berlina na wznowienie działań wojskowych było dość chłodne, podczas gdy na przykład USA, ustami znienawidzonej w Rosji rzeczniczki Departamentu Stanu Jen Psaki, poparły decyzję Poroszenki o zakończeniu rozejmu.

Rosjanie myśleli, że mają sytuację pod kontrolą, po spotkaniu szefów MSZ Rosji, Ukrainy, Niemiec i Francji w Berlinie (3 lipca). Ogłoszona wspólna deklaracja mówiła o „intencji” uzgodnienia bezwarunkowego, trwałego i monitorowanego przez OBWE zawieszenia broni. Nie później niż 5 lipca. Poprzez mającą powstać grupę kontaktową (rząd Ukrainy, ambasador Rosji, OBWE, separatyści i Wiktor Medwedczuk – najważniejszy ukraiński polityk związany z Moskwą) Kreml liczył na utrwalenie separatyzmu w Donbasie, a nawet na wpływanie na całą Ukrainę. Ale to były tylko intencje i nawet jeszcze w Berlinie było widać, że Kijów nie uważa tych ustaleń za wiążące.

Teraz okazuje się, że wybór „wojenny” Poroszenki był ze wszech miar słuszny. Zaś Rosja wykorzystuje teraz „berlińską deklarację”, apelując o natychmiastowe zawieszenie broni i rozmowy w ramach grupy kontaktowej. I to na swoich kolegów z Niemiec i Francji próbuje w tej sprawie naciskać Siergiej Ławrow. Zarówno on, jak i Putin w rozmowach z Angelą Merkel i Francois Hollande'm, robią wszystko, aby przekonać Berlin i Paryż, żeby te nacisnęły na Kijów na tyle mocno, by wstrzymano operację w Donbasie.

„Pokojowe” oblicze pokazuje też – tym mocniej, im większe są wojskowe sukcesy ukraińskie – Putin. Podczas przemowy do ambasadorów 1 lipca złagodził retorykę, mówił o współpracy z Europą, atakował zaś USA. Ale trzy dni później wystosował bardzo pojednawcze słowa do Obamy.

Co może Putin

Prezydent Rosji ma dziś dużo bardziej ograniczone pole manewru niż w marcu, kwietniu, a nawet maju.

Zbigniew Brzeziński w „Washington Post” wymienia trzy opcje, z których może skorzystać Putin: porozumienie z Kijowem i początek normalizowania stosunków z Ukrainą; dalsze wspieranie rebelii w Donbasie; zbrojna interwencja. Żadna z tych opcji nie oznacza osiągnięcia strategicznego celu, jaki postawił sobie Putin wszczynając ukraińską awanturę w marcu br. Czyli utrzymania całej Ukrainy w rosyjskiej strefie wpływów. Każda z trzech opcji oznacza dla Putin i/lub Rosji straty. Mniejsze lub większe. Natychmiastowe lub długoterminowe.

Szukanie porozumienia z Kijowem musiałoby oznaczać odmowę zmasowanego wojskowego wsparcia dla rebeliantów. To zaś oznacza utratę przez Putina masowego poparcia społecznego w kraju i w dalszej perspektywie może sprowokować niepokoje w Rosji, a nawet jakiś pałacowy przewrót przeciwko „zdrajcy i sprzedawczykowi Noworosji”.

Z kolei wejście regularnych wojsk na Ukrainę – najprawdopodobniej pod szyldem „sił pokojowych” - doprowadziłoby konfrontację z Zachodem do takiego poziomu, który oznaczałby katastrofę dla Rosji: ekonomiczną (sankcje) i polityczną (izolacja).

Putin wybrał na razie pośrednią drogę między scenariuszem wojennym a rezygnacją z popierania separatystów. To ryzykowna opcja, ale jedyna w tym momencie ratująca prezydenta Rosji. Naciska on na Kijów, żeby znów wstrzymać operację i deklaruje oficjalnie, że nie popiera separatystów. Choć trwa masowe wysyłanie ochotników i broni do separatystów, to jednak takie deklaracje osłabiają morale rebeliantów.

Trwa bezprecedensowy lobbing w zachodnich stolicach – chodzi o nacisk na Poroszenkę. Na wszelkie możliwe sposoby rozsiewa się też pogłoski o rychłym rozpoczęciu „operacji pokojowej” Rosjan w Donbasie. Cel tych wszystkich działań jest jeden: wstrzymać operację antyterrorystyczną w Donbasie, uczynić Putina „peacemakerem”. I tym samym uchronić go przed nowymi sankcjami, a z drugiej strony, przed niezadowoleniem radykałów i nacjonalistów w kraju. Spektakularna konsolidacja Rosjan wokół reżimu w związku z krymskim triumfem ma bowiem kruche podstawy.

Dziesięć dni „rozejmu” znacząco zmniejszyło przestrzeń do ewentualnych ustępstw ze strony Ukrainy. To zaś zmniejsza szanse Rosji na wyjście z konfliktu bez znaczących strat. Teraz możliwość uniknięcia przez Moskwę zachodnich sankcji i obrony swoich interesów na Ukrainie, przedstawiając się jako rozjemca, znacząco się zmniejszyła. Dziś Poroszenko będzie mógł wrócić do rozmów tylko po kapitulacji głównych grup rebelianckich. To zaś znaczy, że dla utrzymania „projektu Noworosja” Kreml powinien odważyć się na otwartą agresję i przyjąć na siebie cios zachodnich sankcji lub zapomnieć o noworosyjskich ambicjach i zacząć rozmawiać, tyle że mając już znacząco gorszą pozycję negocjacyjną.

Wojna, czyli mniejsze zło?

Deeskalacja konfliktu z Ukrainą początkowo była zręcznym taktycznym posunięciem Putina. Ale zamieniło się to w sytuację, w której Rosja znalazła się pod ścianą. Jest coraz bliżej momentu, w którym Putin będzie musiał dokonać wyboru: pokój albo wojna. Analiza całej dotychczasowej polityki elit rządzących Rosją i ich motywów wyraźnie wskazuje, że większym złem dla nich będzie pokój z Ukrainą, aniżeli wojna. Przy czym, należy podkreślić, chodzi o skutki dla putinokracji, a nie Rosji.

Putin jest fanatycznym wrogiem „kolorowych rewolucji”, dla których Ukraina jest najważniejszym polem bitwy. Jeszcze poważniejszy problem – z punktu widzenia nie tylko Putina, ale wszystkich mocarstwowo nastawionych środowisk w Moskwie – to dość powszechne przekonanie, że zorientowana na Europę Ukraina zbuduje nową jedność narodową wokół programu reform państwa, a to jest fundamentalnym zagrożeniem dla Moskwy. Demokratyczny i odchodzący od wzorców postsowieckich, a coraz bliższy standardom zachodnim inny „ruski” kraj będzie coraz bardziej atrakcyjną alternatywą i wzorcem do naśladowania dla samych Rosjan. Dla autokratycznej istoty „państwa moskiewskiego” to śmiertelne zagrożenie. Dlatego przed wiekami z taką zaciekłością tępiono wszelkie alternatywne modele rozwoju państwa w „świecie ruskim” (choćby okrutna pacyfikacja przez Iwana Groźnego kupieckiej republiki Nowogrodu Wielkiego - „Wenecji średniowiecznej Rusi”). Dlatego taką wściekłość wywoływał Micheil Saakaszwili, reformując Gruzję i pokazując, że byłe republiki ZSRR nie są skazane na oligarchiczne lub autokratyczne reżimy – w obu przypadkach skorumpowane do cna.

Kreml milczy w ostatnich dniach i rozważa argumenty za i przeciw wojnie. Militarne sukcesy Kijowa w Donbasie, paradoksalnie, zwiększają prawdopodobieństwo rosyjskiej interwencji – pod szyldem „humanitarnej misji pokojowej”. - Armia rosyjska znowu ściąga wojska do granicy. Teraz znajduje się tam około ośmiu batalionów. Będą w stanie przekroczyć granicę w razie konieczności - powiedział 9 lipca naczelny dowódca sił NATO w Europie, amerykański generał Philip Breedlove. Tego samego dnia ukraiński analityk wojskowy Dmytro Tymczuk poinformował, że w ostatnich dniach w rejon granicy Rosjanie przerzucili dwie dodatkowe grupy taktyczne w sile batalionu. Co ważne, na kierunki potencjalnego natarcia na Kijów i Charków. Do tego w obwodzie kurskim pojawiła się dużą kolumna wojska rosyjskiego w barwach „sił pokojowych”. To pododdziały 16. Brygady Zmotoryzowanej, która w ramach ogłoszonego niedawno sprawdzianu gotowości bojowej Centralnego Okręgu Wojskowego ćwiczyła.. działania w ramach misji pokojowej.

Autor: Grzegorz Kuczyński / Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: Ria Novosti/EAST NEWS

Tagi:
Raporty:
Pozostałe wiadomości