W środę w Waszyngtonie odbyło się spotkanie duńsko-grenlandzkiej delegacji z amerykańskimi władzami na temat przyszłości Grenlandii. Ma ono związek z powtarzanymi w ostatnich tygodniach wypowiedziami prezydenta USA Donalda Trumpa, że posiadanie arktycznej wyspy jest kluczowe dla bezpieczeństwa kraju.
Szef duńskiej dyplomacji Lars Lokke Rasmussen poinformował po zakończeniu trwającego prawie dwie godziny spotkania, że nie udało się zmienić amerykańskiego stanowiska w sprawie wyspy. - Nie odnieśliśmy takiego sukcesu, że nasz amerykański kolega powiedział: "Przepraszam, to było całkowite nieporozumienie, zrezygnowaliśmy z naszych ambicji". Wyraźnie istnieje różnica zdań - powiedział.
- Zgodziliśmy się jednak, że warto spróbować usiąść na wysokim szczeblu i zbadać, czy istnieją możliwości uwzględnienia obaw prezydenta, jednocześnie szanując czerwone linie Królestwa Danii. Czy to będzie możliwe, tego nie wiem - przekazał. Dodał, że powołane zostaną w tym celu grupy robocze.
"Coś się wypracuje"
Z kolei prezydent Donald Trump powiedział po spotkaniu, że "coś się wypracuje" w sprawie Grenlandii.
- Grenlandia jest bardzo ważna dla bezpieczeństwa narodowego, w tym dla Danii - powiedział prezydent USA. - Problem polega na tym, że Dania nie może nic zrobić, jeśli Rosja lub Chiny zechcą zająć Grenlandię, ale my możemy zrobić wszystko. Przekonaliście się o tym w zeszłym tygodniu w sprawie Wenezueli - dodał.
Nie w zeszłym tygodniu, ale 3 stycznia siły USA pojmały w Caracas wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro, który potem usłyszał zarzuty w Nowym Jorku, związane między innymi z "narkoterroryzmem".
"To nie była nasza decyzja"
Rasmussen i wraz z szefową dyplomacji Grenlandii Vivian Motzfeld zaznaczyli, że rozmowy były prowadzone z szacunkiem. Szef duńskiej dyplomacji przyznał też, że częściowo zgadza się z niektórymi uwagami prezydenta USA na temat bezpieczeństwa w Arktyce i że powinno się do niego podchodzić poważniej niż wcześniej.
Zaznaczył jednak, że obecna umowa z USA pozwala Amerykanom na zwiększenie obecności wojskowej i przypomniał, że w czasach zimnej wojny na Grenlandii znajdowało się 17 instalacji wojskowych i niemal 10 tysięcy żołnierzy amerykańskich sił, w czasie gdy obecnie jest to tylko jedna baza i 200 osób.
- To nie była nasza decyzja. To było stanowisko USA - zwrócił uwagę Rasmussen.
Powiedział też, że obecnie nie ma bezpośredniego zagrożenia dla wyspy ze strony Rosji lub Chin. Zaznaczył następnie, że Dania i Grenlandia unikały inwestycji z Chin, a grenlandzkie władze wprowadziły mechanizm prześwietlania inwestycji pod kątem bezpieczeństwa.
Współpraca z USA a suwerenność
Motzfeld powiedziała z kolei, że Grenlandia chce zwiększenia współpracy z USA, lecz nie kosztem bycia własnością Ameryki. - Chciałabym powiedzieć, jak ważne z naszej strony jest wzmocnić naszą współpracę ze Stanami Zjednoczonymi, ale to nie znaczy, że chcemy być własnością Stanów Zjednoczonych - oświadczyła.
Rasmussen przypomniał natomiast, że grenlandzki rząd ma poparcie 75 procent mieszkańców wyspy i jasno wyraził chęć pozostania częścią Królestwa Danii w przewidywalnej przyszłości.
Autorka/Autor: kgr, fil/akw
Źródło: Reuters, PAP
Źródło zdjęcia głównego: Mads Claus Rasmussen/EPA/PAP