Politolożka dr Agnieszka Bryc z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, dr Bartłomiej Nowak z Akademii Finansów i Biznesu Vistula, Paweł Musiałek z Klubu Jagiellońskiego i Marcin Wojciechowski, publicysta "Liberte!", dyskutowali w debacie w TVN24+ na temat zmieniającego się porządku międzynarodowego. Rozmowę prowadził Michał Sznajder.
Punktem wyjścia była obecna sytuacja w Wenezueli, po tym, gdy siły Stanów Zjednoczonych pojmały tamtejszego dyktatora Nicolasa Maduro, a także amerykańskie roszczenia w sprawie Grenlandii.
Wielobiegunowy porządek świata?
- Donald Trump udowadnia swoimi decyzjami, że jest częścią wielkiego obozu rewizjonistów porządku międzynarodowego - oceniła dr Agnieszka Bryc. Zdaniem politolożki, decyzje te przyczyniają się do przekształcenia porządku międzynarodowego w system wielobiegunowy, którego filary miałyby stanowić USA, Rosja i Chiny.
Jak mówiła, układ sił przypominający koncert mocarstw, w którym każde może narzucać swoją wolę poprzez siłę szczególnie podobałby się Rosji. - Kiedy układ międzynarodowy i wpływy będą podzielone dosyć czytelnie pomiędzy tych głównych graczy, każde z mocarstw będzie miało swoją strefę wpływów. Rosjanom to się będzie zawsze podobało, bo to jest to, do czego dążyli już od początku, od połowy lat dziewięćdziesiątych - przypomniała.
- Wiemy, że Moskwa, także Pekin, od wielu lat próbują przekształcić ten porządek demokratyczno-liberalny w wydaniu globalnym, w bardziej przypominający oligarchię światową - dodała.
Dr Bartłomiej Nowak zwrócił uwagę, że amerykańska interwencja w Wenezueli odbyła się "bez żadnego uzasadnienia" ze strony Trumpa. Opisywał taką sytuacje jako "świat, w którym nie odnosimy się do żadnych reguł".
- Trump nie odniósł się w żaden sposób do prawa międzynarodowego, mówiąc później w "New York Timesie", że "to, co się liczy, to moje przekonania moralne", a nie prawo międzynarodowe i to jest "jedyne co mnie hamuje" - zauważył. Dodał, że w przeciwieństwie do USA i Rosja podejmowała próby uzasadniania inwazji na Ukrainę argumentami historycznymi.
- Trump bez żadnego uzasadnienia zrobił tę interwencję i to jest tak bardzo niebezpieczne, dlatego że wchodzimy w okres, nazwałbym to, nihilizmu w świecie międzynarodowym - zaznaczył.
"Sygnał od Trumpa nawrotu do hegemonii amerykańskiej"
Z tym argumentem nie zgodził się Pawel Musiałek, według którego kwestia ewentualnego łamania przez Trumpa prawa międzynardowego "nie jest fundamentalna".
- W Wenezueli mamy do czynienia z reżimem, który jest antyamerykański, gdzie istotne wpływy mają Rosjanie i Chińczycy. To jest po prostu państwo, z którego rozpleniały się, można powiedzieć, różnego typu działania, różnego typu procesy szkodliwe dla interesów amerykańskich - powiedział.
W jego ocenie z racji obecności wpływów Kremla w Wenezueli, interwencja Donalda Trumpa "ustawia pewien kurs kolizyjny między Stanami Zjednoczonymi a Rosją". - Po Wenezueli trudniej będzie już taki duży geopolityczny deal (między USA i Rosją - red.) zawrzeć - ocenił.
Podobny pogląd przedstawił Marcin Wojciechowski, którego zdaniem w kwestii Wenezueli "interesy i Chin, i Rosji zostały przez Amerykę zlekceważone".
- Widzę tutaj sygnał od Trumpa nawrotu do hegemonii amerykańskiej, bo koncert mocarstw polegał na tym, że przedstawiciele mocarstw siadają przy jednym stole i razem uzgadniają - ocenił. - A Trump pokazał: mam w nosie, co Chiny mają do powiedzenia, Rosja też - dodał.