"Niech to nie będzie laurka". Na Majdanie miało go nie być. Zginął od kuli snajpera

Świat

domowe archiwum rodziny SolczanikBohdan Solczanik miał 28 lat

"Solczanik zginął". To były tylko te dwa słowa. Petro przypomina sobie komunikat od przyjaciela. - Nic nie zrozumiałem. Myślałem, że pisze o jakimś polityku. Dopiero po chwili do mnie dotarło. Solczanik to Bohdan. "Na pewno?", zapytałem. "Tak". "Boże". Wśród 99 ofiar kijowskich starć z Berkutem 20 lutego był też on, Bohdan Solczanik - absolwent Polskiej Akademii Nauk i Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie. Majdan odwiedzał kilka razy, ale akurat tego dnia miało go tam wcale nie być. Kończył doktorat. Zginął od kuli snajpera.

Walery i Petro to Ukraińcy mieszkający w Warszawie. Tu się doktoryzują i pracują. 20 lutego byli umówieni z notariuszem. Mieli podpisywać dokumenty dotyczące fundacji, którą zakładają. Podpisy załatwili i wrócili do domów, każdy do swojego. Petro zrobił obiad i włączył ukraińską telewizję. Wtedy usłyszał, że "strzelają, a Janukowycz spotyka się z opozycją". Włączył Skype’a. To była ta wiadomość.

Solczanik był też przewodnikiem po Lwowiedomowe archiwum rodziny Solczanik

"Jest tylko ta cisza"

- Do tej pory nie mogę uwierzyć - mówi, przypominając sobie tamten dzień i wieczór. Ma szkliste spojrzenie. Jest wściekły i bezsilny. - A potem wiadomość się rozchodzi, bo to był ktoś bliski wielu ludziom tutaj. I wieczorem spotykasz się ze znajomymi, żeby nie być sam, bo oni też już wiedzą i oni też nie chcą być sami. Szukasz jakiegoś wsparcia, pewnie też chcesz coś z siebie dać, ale potem stajesz przed knajpą, patrzysz w oczy koledze i nie możecie wydusić słowa. Palicie i tak wygląda wasza rozmowa. Jest tylko ta cisza. Bo jak mówić o śmierci? - pyta.

- Niech ten tekst to nie będzie laurka. Napiszmy po prostu o tym, jaki był. A był normalnym, zwykłym, dobrym człowiekiem - prosi Walery, który podobnie jak Petro, poznał Bohdana w Warszawie. Wszyscy znaleźli się w niej w podobnym czasie, na przełomie 2008 i 2009 roku. Przez lata się zbliżyli. Widywali się na imprezach, spotkaniach uniwersyteckich, ale też w małym gronie, gdy dzielili się swoją pracą naukową, a najczęściej rozmawiali o filozofii i Ukrainie.

Społecznik, działacz, wykładowca

- Bohdan czuł się wewnętrznie odpowiedzialny za to, co się działo i dzieje teraz. Mówił o tym jak o "niesamowitym okresie". Najbardziej cieszyło go to, że ludzie się do siebie zbliżyli i są sobie przychylni - opowiada Walery. W jego głosie słychać podziw i uznanie. Sam był na Majdanie dwa razy, w grudniu, "gdy jeszcze nie było krwi, a można było tylko dostać wpierdol", ale więcej tam nie wrócił. - Po prostu się bałem - tłumaczy.

Bohdan spędził w Warszawie około 4 lat. Po 2012 roku też do niej wracałdomowe archiwum rodziny Solczanik

Solczanik pojawiał się w Kijowie częściej, a jeżeli nie było go w stolicy, to działał we Lwowie. Tam mieszkał, od ponad roku wykładał i szykował się do ślubu ze swoją narzeczoną - Mariczką. Funkcjonował w grupie kilkunastu znajomych - społeczników, działaczy samorządowych, studentów, doktorantów, miłośników historii, przede wszystkim Lwowa. Co jakiś czas ta grupa dogadywała się, wybierała spomiędzy siebie "załogę" i ruszała do Kijowa, by pomagać na Majdanie.

"Żyjesz? Widziałem cię"

Majdan, po tym jak zaczęły na niego ściągać tysiące ludzi, szybko przybrał niemalże wojskową strukturę. Na podstawowym poziomie opierał się na tzw. sotniach. Termin w tradycji kozackiej oznaczający oddział wojska, liczący około 100 ludzi, tam miał szersze znaczenie. W poszczególnych sotniach protestujący zajmowali się z reguły jednym, wybranym zadaniem. Przez prawie trzy miesiące funkcjonowały więc sotnie samoobrony, sotnie sanitariuszy i pomocy medycznej, sotnie ludzi przygotowujących jedzenie i tych, budujących barykady. Dodatkowo każdy przynależał też do sotni obwodowej: lwowskiej, chmielnickiej, donieckiej. - Chodziło o to, by w ten sposób skierować ludzi, przybywających na Majdan z całej Ukrainy, do tych miejsc na placu, w których ktoś mógł ich znać. - I z reguły tak było. Pojawiał się jakiś twój znajomy albo znajomy znajomego. To pozwalało ludziom czuć się pewniej, budowało zaufanie - mówi Walery.

Wtorek, 19 stycznia. Zamieszki w Kijowie. Tłum przypuszcza szturm na kordon milicji przed dzielnicą rządową. Starcia przeciągają się do następnego dnia; wśród rannych jest 100 milicjantów i 100 protestujących. Z opublikowanych nagrań wynika, że milicja strzela gumowymi kulami. Prokuratura potwierdza śmierć trzech demonstrantów po kilku dniach starć. Media mówią o pięciu ofiarach śmiertelnych. (raport tvn24.pl)

Koledzy i koleżanki Bohdana śledzili te relacje. Jeden z nich zobaczył jego zdjęcie. Tak mu się wydawało. Na ekranie pokazywali fotografie pierwszych zidentyfikowanych ofiar i nie mógł uwierzyć. Zadzwonił do Bohdana. "Jesteś teraz w Kijowie? Żyjesz? Widziałem cię" - mówił. "Spokojnie, u mnie wszystko dobrze. Jestem we Lwowie" - odpowiedział Solczanik. Kilka dni później jednak nie wytrzymał.

Znów był w stolicy. Czuł, że tam będzie bardziej potrzebny. Już po jego śmierci koleżanka napisała artykuł. Wspominała w nim moment, w którym spotkała go w Kijowie. To był przypadek. Pisała, że właściwie "zamieszkał" na Majdanie. Był tam prawie dwa tygodnie. Zaprosiła go na herbatę. Był straszny mróz, a on wyglądał na zmęczonego i przemarzniętego. Mieli nieprzyjemną sytuację. Kilku członków nacjonalistycznego Prawego Sektora (stanowił w większości o sile bojówek Majdanu) rozpoznało Bohdana. Podeszło do niego i jego koleżanki. Zaczęli im ubliżać. Wyzywali od lewaków i komunistów. Pytali, po co tu przyjechali. Bohdan nie reagował, w końcu poszli dalej.

Między placem a biblioteką

- Na Majdanie byli różni ludzie, ale nie wiem, czy ktoś poza Ukrainą, poza nami wie, że stale było tam tyle młodzieży, studentów, humanistów, tyle osób wykształconych - tłumaczą na zmianę Walery i Petro. Zdaniem Walerego to miejsce właściwie "pasowało" do Bohdana. - Nie dlatego, że chciał być rewolucjonistą. Jeżeli gdzieś go chciałeś spotkać przez te lata to prawie zawsze była to biblioteka. Ale jak czuł potrzebę, to wyjeżdżał, ruszał gdzieś - mówi.

Ze swoją narzeczoną, Mariczkądomowe archiwum rodziny Solczanik

- Właściwie to trudno było chwilami powiedzieć, gdzie mieszkał - uśmiecha się Petro: - Długo tego nie wiedzieliśmy, bo to było tak, że jednego dnia siedzieliśmy wspólnie w Herze (akademik UW w Warszawie), a następnego dnia chcieliśmy się z nim spotkać, a on już jechał do Lwowa. Albo gdzieś dalej. Latem mówił o tym, że chce poznać wschód Ukrainy i pojechać tam na dłuższy czas. Miał wzorzec świata, w jakim chciał żyć. Widział minusy tego naszego, ale mówi się przecież, że chcąc zmieniać świat, zaczynaj od siebie. I on w tym chyba widział sens wszystkiego - tłumaczy. Majdan pozwalał się tej myśli materializować.

Z tarczą

Ciągłe przyjazdy do Kijowa mogły zmęczyć Bohdana. Przyszedł luty i ten czas chciał spędzić we Lwowie. Tam miał za sobą już pół doktoratu. Drugie pół pracy kończył i zamierzał je wkrótce oddać do recenzji. Czekał też na uwagi prof. Andrzeja Rycharda - rektora Szkoły Nauk Społecznych PAN. Z nim również się konsultował.

Petro starał się zobaczyć z Bohdanem jeszcze w styczniu, gdy wracał z rodzinnego Iwano-Frankowska do Warszawy. Opowiada, że rozminęli się dwa razy. Raz Bohdan po powrocie z Kijowa rozchorował się i pojechał do Starego Samboru, by wydobrzeć u rodziców; drugim razem był na przyjęciu z narzeczoną, a Petro we Lwowie pojawił się tylko przejazdem.

Walery słucha z trudem: - Bo to było przed chwilą, a teraz już go nie ma. Tak po prostu. To, co się stało; nie wiem, co o tym myśleć. Nie wiem, czy to jest mój kraj. Nie był nim wtedy. Nie z taką władzą. Nie z kimś, kto broniąc swojego złotego kibla, posyłał jednych ludzi na drugich, by zabijali.

Wtorek, 18 lutego. Trzeci miesiąc protestów. Od rana trwają kolejne starcia przeciwników władz z milicją. Według ministerstwa zdrowia ginie w nich 26 osób, a kilkaset odnosi obrażenia. Siły MSW wypierają demonstrantów z dzielnicy rządowej i kilkakrotnie atakują tych na Majdanie. We Lwowie demonstranci zajmują siedzibę władz obwodowych, a we Lwowie, Iwano-Frankowsku i Tarnopolu przejmują siedziby ważnych instytucji - SBU, prokuratury, jednostek wojskowych. (raport tvn24.pl)

Bohdan i Mariczka planowali ślub na ten rokdomowe archiwum rodziny Solczanik

Bohdan jest we Lwowie. Słyszy, co się dzieje. Tego dnia zostaje jeszcze w mieszkaniu. W Kijowie ma go nie być. - Nie wiem, czy obiecał to bliskim, ale miał zostać. Tym razem miał zostać - powtarza Petro. Rozmawiał o tym z kilkoma znajomymi Bohdana. Mówili to samo. Tymczasem w mediach pojawiają się informacje, że pociągi do i z Kijowa nie kursują.

Być może więc Bohdan wsiada w samochód ze znajomymi. Wieczorem na pewno jest już w trasie. Na Majdanie, według relacji jego kuzynki, która dzieli się nią kilka dni później we Lwowie, pojawiają się około 6.00 nad ranem. Powoli świta. Jest czwartek. Bohdan rusza do stawiania nowych barykad. Ma na sobie narciarski kask, do ramienia przypiętą drewnianą tarczę. Po kilku godzinach dzieje się coś dziwnego. Milicjanci oddają pozycje zajęte w wyniku wcześniejszego, nocnego szturmu. W ulicach przylegających do Majdanu pojawiają się autobusy i oficerowie Berkutu szybko do nich wbiegają. Protestujący niczego nie podejrzewają. Ruszają, by zająć utracony teren. Snajperzy czekają. Ktoś krzyczy, że milicja uwięziła opozycjonistów w jednym z budynków poza Majdanem. Bohdan to słyszy. Jest w pierwszym rzędzie. Wraz z innymi biegnie w tamtym kierunku. Pada strzał. Kula trafia go w tętnicę szyjną. Między 9.00 a 10.00 rano 20 lutego na Majdanie Niepodległości w Kijowie ginie Bohdan Solczanik. W telefonie ma 17 nieodebranych połączeń od narzeczonej.

Cerkiew św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach wchodzi w skład zespołu klasztornegoTwitter

Około południa jego ciało zostaje zidentyfikowane wraz z innymi w bezpośrednim sąsiedztwie cerkwi św. Michała Archanioła. W tamtym czasie to szpital polowy. Przez cały tydzień po jego śmierci Petro robi "rewizję internetu". Szuka Bohdana na jakimkolwiek przekazie z Kijowa, na jakimkolwiek zdjęciu z protestów, od grudnia do teraz. Nigdzie go nie ma. - To nie był człowiek z koktajlem Mołotowa. To nie był człowiek, który strzelał. On tam jeździł, by pomagać. I może tak było. Może widział kogoś, kto już leży, kto przed nim upadł. Czy to dlatego pobiegł tylko z tarczą? - pyta. Od lutego nikt mu na to nie odpowiedział.

Pożegnania

Walery pisze doktorat z antropologii literatury. Bada poezje Herberta, rekonstruując obraz człowieka w wierszach o Panie Cogito. Od kilku tygodni "nie ma przyjemności z czytania mądrych książek". - To, co w nich i to, co tutaj, to dwa równoległe światy. Nie mają szansy się pokryć - mówi, ale po chwili cytuje "Pana Cogito szukającego rady":

Tyle książek słowników opasłe encyklopedie a nie ma kto poradzić

zbadano słońce księżyc gwiazdy zgubiono mnie (...) - szukam cię rabi - za którym firmamentem ukryłeś mądre ucho - boli mnie serce rabi - mam kłopoty

może by mi poradził rabi Nachman ale jak go znaleźć wśród tych popiołów

Walery nie widzi sensu w śmierci swego kolegi: - Janukowycz uciekł z kraju, Tymoszenko została uwolniona, ale czy on chciał za to umierać? Nie. I nie chciał zostawać bohaterem. Chciał mieć lepsze wyobrażenie o swoim kraju. Staje się legendą i być może na to zasługuje, ale na pewno wolałby żyć, być ze swoją narzeczoną, pracować, kończyć doktorat - mówi.

Ile znaczyło życie Bohdana Solczanika dla wielu ludzi, pokazują kolejne dni po jego śmierci. We Lwowie, gdzie odbywa się msza żałobna, rektor lwowskiego uniwersytetu zapowiada, że uczelnia uruchomi stypendium dla najzdolniejszych studentów imienia Solczanika. Decyduje też, że doktorat Bohdana zostanie pośmiertnie wydany. Władze przyznają mu wtedy tytuł naukowy.

W Warszawie w kościele greckokatolickim przy Miodowej we mszy poświęconej jego pamięci uczestniczy kilkudziesięciu Ukraińców. Zbierają datki, by wysłać je potem rodzicom Bohdana. Po mszy idą pod siedzibę PAN. Pod portretem Bohdana zapalają świeczki. Profesor Rychard pisze do zmarłego list, który publikuje na stronie SNS PAN. Żałuje, że nie zdążył sprawdzić ostatnich rozdziałów jego doktoratu.

Rodzice Bohdana godzą się na to, by w Starym Samborze jesienią dzieci usiadły w szkole powszechnej mając nowego patrona.

- Tego człowieka nie zgubimy. Po prostu nie możemy - mówi Walery.

Autor: Adam Sobolewski/i / Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: domowe archiwum rodziny Solczanik

Tagi:
Raporty: