Premium

"Tu klient może dotknąć każdego gadżetu, poczuć wibracje". Sprzedawcy doznań

Zdjęcie: Shutterstock

To praca taka sama jak w warzywniaku czy sklepie spożywczym. Tylko nasi stali klienci nie przychodzą co dzień po bułki, tylko dwa razy w roku po nowe doznania - mówi sprzedawca. Wtóruje mu inny: - Praca tu nie sprowadza się tylko do sprzedawania gumowych fujarek. Nie zawsze jest łatwo, wysłuchałem tu już ton historii, często opowiadanych przez łzy.

- Czasami to są historie związkowe, a czasem bardzo cielesne, dotyczące na przykład przebytych chorób. Zdarzają się kobiety i mężczyźni po amputacjach, szukający pewności siebie i nowych sposobów na odczuwanie przyjemności - opowiada sprzedawca w jednym z krakowskich sex shopów.

- Ludzie przychodzą i mówią o problemach z partnerem czy partnerką, opowiadają historię swojego życia. Albo wyznają, że mają kogoś na boku i zwierzają się ze swoich rozterek z tym związanych - zdradza Łukasz, prowadzący sklep z akcesoriami erotycznymi w Pułtusku.

- Kiedyś nawet przyszła do mnie pewna pani doktor, przedstawiła się i powiedziała, że jest ginekolożką. I że chciała sprawdzić, jak ten sklep wygląda, bo od dawna przysyła tu swoje klientki, a jeszcze nigdy w nim nie była - opowiada pani Jolanta.

Niegdyś ludzie wchodzili do TAKICH sklepów ostrożnie i natychmiast po przestąpieniu progu wstydzili się tego, że tu weszli. A potem jeszcze większy problem mieli z wyjściem, bo bali się, że ktoś ich zauważy. Dziś, jak mówią nam ekspedienci i właściciele sex shopów, więcej w ludziach otwartości, śmiałości. Coraz częściej klientkami są kobiety.

Interes kwitł. Do pandemii. - Jest ograniczenie, nie ma turysty, nie ma studenta - ocenia Kamil. Inny sprzedawca dodaje: - Nie ma imprez swingersów, romansów biurowych.

- Za ostatni duży skok w sprzedaży odpowiadali w Krakowie Anglicy, którzy organizowali u nas wieczory kawalerskie, bo tu wszystko było dla nich tanie - opowiada Kamil.

Nie ma już Anglików, jest za to sprzedaż gadżetów erotycznych, bielizny on-line. I w dobie obostrzeń pandemicznych handel przeniósł się siłą rzeczy do sieci. Część sprzedawców w stacjonarnych sklepach nie widzi zagrożenia na dłuższą metę, "bo tylko w takim sklepie klienci mogą każdego gadżetu dotknąć, sprawdzić materiał, z którego jest wykonany, poczuć wibracje. Nie kupuje się kota w worku".

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo