Premium

Lustereczko, lustereczko... Milcz!

Zdjęcie: Archiwum prywatne

Kobieta z blizną. Jest nią, chociaż mogłaby blizny zapudrować, przykryć ubraniem, przemilczeć. Ale tego nie robi. Napisała o tym książkę. Co jakiś czas publikuje w mediach społecznościowych zdjęcia z tamtych dni. Są na tyle wstrząsające, że sztuczna inteligencja, moderująca wrzucane treści, pozwala na ich wyświetlanie dopiero po potwierdzeniu, że chce się zobaczyć "treści drastyczne zawierające przemoc".

Było głośno i ciasno. Wtedy, w śmigłowcu lecącym z Łodzi do Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich poczuła, że ma wybór: mogła odpuścić i umrzeć. Pokusa była duża - każda kolejna sekunda życia była męką. Tak silną, że aż abstrakcyjną.

- Moment, kiedy zaczęłam odpływać, był bardzo przyjemny. Z wielką chęcią chciałam pójść w tamtym kierunku. Wiedziałam, że będzie mniej bólu, że będzie inaczej - wspomina. 

"Proszę ze mną zostać!" - głos ratownika był pierwszym od jakiegoś czasu bodźcem ze świata zewnętrznego, który przebił się przez ścianę cierpienia i ogłuszający huk pracy silnika śmigłowca. Wyrwana z otępienia pomyślała, że przecież nie może teraz umrzeć. Jest tylu ludzi, z którymi się nie pożegnała, spraw do załatwienia, no i niedokończona jeszcze kolekcja...

Niecałe dwie godziny wcześniej projektantka bielizny, była modelka, siedziała na ławce przed salą rozpraw w łódzkim sądzie rejonowym. Dochodziła godzina 9. Na tę godzinę wyznaczono rozprawę przeciwko jej stalkerowi: obcemu mężczyźnie, który twierdząc, że się w niej zakochał, rujnował jej życie. Prześladował, śledził, nękał wiadomościami, groził.

W tamtej chwili nie widziała jego twarzy. Tylko ruch ciała. Chlusnął w nią jakąś cieczą ze zwykłego słoika. Poczuła jak to dosięga jej twarzy, dekoltu, ręki. Czas się zatrzymał. 

"To nie jest woda!".

Ciecz dostawała się do oczu, a z jej skórą działo się coś dziwnego. Nieznane uczucie zmieniło się w pieczenie. Pieczenie w ból, który po chwili stał się nie do zniesienia.

"Zmyj to!" - mózg wydawał jej krótkie polecenia. To były małe cele, do których miała dążyć, żeby przeżyć. Krzyknęła. Po omacku ruszyła do łazienki.

Osoby przyglądające się jej tragedii na sądowym korytarzu zamarły w bezruchu. Patrzyły. Zdumione i wystraszone.

Ona - po tym, jak jej zagrożony organizm wystrzelił do mózgu dawki adrenaliny i kortyzolu - była już w ferworze walki, bezruch jej nie dotyczył.

Analizowała: musi zmusić do działania gapiów, bo będą jej potrzebni do przeżycia. Muszą wezwać pomoc, ochronę, policję, karetkę. Przecież sama nie da rady! Nie mogą dopuścić, żeby on - oprawca - do niej wrócił i zrobił coś jeszcze gorszego.

"Przestaję widzieć. Jest źle".

"Gdzie ta karetka?! Ktoś musi mnie zawieźć swoim samochodem. To trwa za długo".

Czy trwało? Każda sekunda była pełna informacji, bodźców. I bólu. Każda z nich ryła głębokie ślady w pamięci i na ciele.

W karetce dostała pierwsze leki przeciwbólowe. W łódzkim szpitalu podpisała dokumenty zezwalające na operację. Nie widziała ich. Jej rękę prowadzili przyjaciele, by mogła złożyć niezbędny podpis. Tamtego dnia byli przy niej i wspierali podczas akcji ratunkowej.

"Rób, co mówią lekarze. Zgadzaj się na wszystko. Wykonuj polecenia. Oni wiedzą, co mają robić" - mówił wewnętrzny głos.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo